To jest tylko wersja do druku, aby zobaczyć pełną wersję tematu, kliknij TUTAJ
Po drugiej stronie krzywego zwierciadła...

Obrzeża Miasta - Stary Kościół

Anonymous - 1 Styczeń 2012, 16:29

Maisie była zajęta oglądaniem szkiełka. Bardzo jej się podobało, a szczególnie wtedy, gdy podnosiła je pod światło. Wtedy na jej twarz padały kolorowe smugi. Poza tym podobał jej się podświetlony witraż, nawet jeśli lepiej wyglądałby cały. Gdyby był cały, a że nie był i Maisie niezbyt mogła to naprawić, musiała cieszyć się tym, co jest. Dlatego też bawiła się szkłem uważając jednak, żeby się nie zaciąć.
W pewnym momencie usłyszała głośne kroki. Drgnęła. Wiedziała, co to oznaczało - ktoś tutaj szedł. Zdała też sobie sprawę, że za późno się chować, bo pewnie osoba zmierzająca w tym kierunku i tak już ją zobaczyła. No więc z tego wynikało tylko jedno: musiała znowu stawić czoła kolejnej osobie. Niezbyt podobała jej się ta myśl, zdecydowanie wolałaby uciec. No ale cóż, niezbyt miała taką opcję.
Kiedy usłyszała męski głos, zadrżała. Płci przeciwnej bała się najbardziej, nie wiadomo czemu. Po prostu czuła wobec niej lęk, na który nic nie mogła poradzić.
-Jakoś nie zwróciłam uwagi na zimno.-Odpowiedziała cichutko, nie patrząc chłopakowi w oczy. Średnio miała ochotę na rozmowę, jak zresztą zawsze. Po prostu taka była już z natury. Bała się przez wszystkich tych, którzy ją skrzywdzili.

Anonymous - 1 Styczeń 2012, 17:29

Jun miał dość zdrowego rozsądku, pomyślunku i dobrej woli aby nie przełamywać przestrzeni osobistej, zachowywać dystans i nikogo nie łapać z zaskoczenia. To, wbrew oczekiwaniom, nie uczyniło sytuacji jako tak normalnej choć taki był jego zamysł - cóż, należy wyciągnąć wnioski, że nie wszystko idzie zawsze zgodnie z planem. Choć sytuacja wywoływała u chłopaka wiele najróżniejszych pytań.
W końcu, wyjście z założenia, że ktoś jest oswojony z otoczeniem kiedy pomimo aparycji przybywa nań z walizką, jest dość słuszne, wierząc zasadom logiki. Oczywiście, ewentualne odstępstwa od niej nie są zabójczo zaskakujące, ktoś taki jak chłopak doskonale mógł się spodziewać, że zwykły chodzić po tym świecie jednostki do których logiki należało się dostosować. Wciąż jednak w świetle tych wydarzeń walizka prezentowała się co najmniej tajemniczo. Czy to jego interes? Po tym jednym tylko warunkiem, że wziąłby się na tę uprzejmość i pomógł ewentualnie jej ponieść kłopotliwy bagaż.
Kłopotliwy... osobiście wolał plecaki. Cóż, należało podjąć jakąś akcję, zdecydował się więc na prosty gest i zrobił ze dwa kroki do tyłu aby nie naruszać jej poczucia bezpieczeństwa. To on jej przeszkadzał, nie zaś na odwrót, kurtuazja nakazywała się więc dostosować w możliwie najwyższym stopniu. Postanowił więc to uczynić. Potem delikatnie wzruszył ramionami na jej kwestię i lekko chwycił między dwa palce cienki kołnierz swojej kurtki. Drugą rękę luźno zwiesił, nadając swojej sylwetce raczej swobodną pozę. Bez zbędnego luzactwa, ale i niekoniecznie widziało mu się udawanie sztywnego. Ot, był. Co więcej, był człowiekiem, dostał tę wątpliwą kartę przetargową od losu, i tego nawet nie krył. W ostatecznym rozrachunku... powinna go chyba więc uznać za słabszego, czy nie? Niektóre istoty miały takie tendencje, szansa wynosiła więc powyżej 50%.
- Cóż, to swoją drogą - powiedział wreszcie, zerknąwszy dość znacząco na walizkę. - Jeśli jednak mogę się pokusić o wyciąganie wniosków, nie wyglądasz mi na osobę która chciałaby ściągać na siebie cudzą uwagę. A to prowadzi do oczywistego wniosku, że kurtka by ci się przydała aby przynajmniej nie przyciągać niechcianych spojrzeń.
Dopiero co ją spotkał, a już zdawała mu się wypełniona paradoksami. Nie miał zamiaru tychże zgłębiać, choć byłoby to ciekawe wypełnienie czasu (a jakie opłacalne! każda kolejna zgłębiona osobowość to punkt w ogólnym rozrachunku pomagający na mniejsze błędy w obliczeniach), ale gdyby mógł pomóc, może jego sumieniu zrobiłoby się nieco lepiej przynajmniej na jedną noc czy dwie. Ach. Egoizm altruizmu. To dopiero zagwozdka!
- A jeśli o to chodzi, ludzie potrafią być naprawdę okropni. Jun, jeśli moje imię pomoże ci się cokolwiek oswoić z drugą osobą.

Anonymous - 1 Styczeń 2012, 19:42

Nigdy plany się całkowicie nie spełniają, zawsze jest jakiś aspekt, który pójdzie nie tak. Zdarza się to w każdej sytuacji. A co do walizki... Maisie nie wlokła jej ze sobą, bo tak chciała. Nie miała też zamiaru zamieszkać w tym kościele, choć mogło to trochę tak wyglądać. Dziewczyna po prostu nie miała domu i od dnia, w którym ojciec kazał jej odejść, włóczyła się po Krainie Luster i Świecie Ludzi bez celu i nadziei na to, że ktoś ją pokocha lub przygarnie. Wróć, nadzieję miała, ale nigdy by się do niej nie przyznała.
Kiedy chłopak się cofnął, Maisie zamarła spięta. Zaraz jednak się rozluźniła. Początkowo myślała, że nieznajomy chce jej coś zrobić, ale kiedy przybrał luźną pozę, zmieniła zdanie. Po chwili znowu się spięła? Może on tylko takiego udawał, a w rzeczywistości planował ją zranić, jeśli nie coś gorszego? Niczego nie mogła być pewna, szczególnie jeśli miała do czynienia z nieznajomym. Skąd miała wiedzieć, że teoretycznie była od niego 'silniejsza'? Niczym nie różnił się od znanych jej Marionetkarzy. W ogóle z tego, co zdążyła się zorientować większość magicznych ras była do ludzi podobna. Więc odróżnić ich było naprawdę trudno.
Rozumowanie chłopaka zdziwiło Maisie, co wyraziła jej mina. Ona sama nie myślała o tym w ten sposób. Nie używała kurtki, bo nie było jej zimno. Co z tego, że w ten sposób zwracała na siebie uwagę? Teoretycznie było to dla niej gorzej, ale nie widziała tego w ten sposób. Bo rzeczywiście myślała trochę inaczej.
-To... Nie jest twoja sprawa. Jun. Nie zrozumiesz tego.-Powiedziała cichutko, dodając imię z odrobiną lęku. Nie wiedziała, jak to przyjmie. Zresztą jak on mógł zrozumieć to, z czym musiała się mierzyć? Wszyscy uważali ją za gorszą przez to, jak wyglądała. Na samą myśl o tym, poprawiła rękawiczkę, żeby przypadkiem nie spadła i nie pokazała drewna budującego jej ręce.

Anonymous - 1 Styczeń 2012, 20:26

Niestety... margines błędu, niezależnie od stopnia jego minimalizacji przez wszechstronność opcji alternatywnych i przewidzianych, zawsze pozostawał. Jun doskonale o tym wiedział, brał też pod uwagę to, że wszyscy wokół mieli prawo reagować nielogicznie i w sposób trudny do przewidzenia, zawsze jednak liczył na to, że zdarzy się raczej coś, czego by się spodziewał. Był tego rodzaju myślicielem, że preferował minimalizację ryzyka. Ot, na przykład bynajmniej w jego intencji nie było robić ze swojego cofnięcia się jakiegokolwiek rozbiegu do ataku, zresztą - im dalej był, tym ona więcej miała czasu na reakcję. Jedyną opcją zgodnie z którą powinna się obawiać to, że... ktoś chciałby zrzucić na nią pianino i trzeba się odsunąć, czy coś. A to mało prawdopodobne. Chłopak mógł więc szybko wysnuć wniosek, że była przestraszona - nie, to byłoby zbyt oczywiste. Ona się bała w inny sposób, w pewnym sensie dręczył ją permanentny, życiowy strach. Przykra przypadłość, która przy okazji sprawiała, że na jej "boję się" Jun mógłby odpowiedzieć w pełni usprawiedliwione "vice versa", argumentowane li tylko faktem, że postać spłoszona może nieźle drapnąć. A to by mu wybitnie nie odpowiadało. Chłopak zachował perfekcyjny jednak spokój i dość naturalną pogodę, albo w naiwnym przeświadczeniu o niewinnym przestrachu nieznajomej, albo jeszcze bardziej naiwnym wniosku, że przecież był na wszystko przygotowany. Względnie był aż tak genialnym aktorem - wszak jej wygląd, zachowanie, zdawkowe odpowiedzi - jakie to mogło na nim wywrzeć wrażenie! A jednak, starał się rozmawiać zupełnie normalnie, co nie wyszło mu bynajmniej źle kiedy wziął poprawkę na fakt, że kwestię wyglądu generalnie miał gdzieś. Naprawdę, bardziej interesowała go walizka. Nie miał bowiem dość daleko posuniętych przemyśleń w głowie aby dojść do takiej możliwości, że rozmawiał z kimś w rodzaju międzywymiarowego włóczykija. Dopuszczał możliwość, że nieznajoma przed kimś uciekała, ba, to było bardzo prawdopodobne i doskonale by tłumaczyło wycieczkę do ludzkiego świata tak... bez przygotowania. Podrapał się więc czubkami palców wskazującego i kciuka bardzo lekko po brodzie, po czym przekrzywił delikatnie głowę. Starał się utrzymać kontakt wzrokowy, w przeciwieństwie do niej. Jej spojrzenia sugerowały, że raczej nie starała się go zahipnotyzować. Miło. To dawało jej duży plus, że nie chciała mieszać z jego umysłem - ba, fakt, że najpewniej nie czytała jego myśli skoro tylko zgadywała intencje (z bardzo negatywnym rodzajem filtra), był dla niego jak najbardziej pozytywny. Tylko ten dramatyzm ostatniej wypowiedzi go nieco zbił z tropu. W końcu prosiła o pomoc, wprowadzała element manipulacyjny czy też w ten sposób bardzo nieefektywnie próbowała się go pozbyć? W przypadku ostatniej opcji Jun zmuszony był ją zawieść - takie coś tylko powodowało lekkie drganie w podświadomości, sugerujące, że nadszarpnięta odpowiedzialność powinna zacząć grzać silniki.
- Gdybym próbował, naruszyłbym twoją prywatność - odpowiedział wreszcie. W przeciwieństwie do jej głosu, u niego nie było nawet najdelikatniejszej nutki wahania czy drżenia, wywołanego choćby przelotnym strachem. Jednocześnie wyszła mu wypowiedź bardzo niewymuszona, co go w sumie cieszyło, bo się nieco obawiał czy nie zabrzmi jak bohater taniego serialu.
- Inna rzecz, że mam swoje spostrzeżenia i z mojej perspektywy albo potrzebujesz dobrej kurtki, albo dobrego noclegu, albo kogoś o dobrych uszach i dobrych intencjach. Ani jedno, ani drugie, ani trzecie nie wymaga wywlekania niczego.
Raczej, bo dość ważnym strategicznie punktem układanki by była zgraja asasynów czyhająca na jej życie czy wściekły, psychopatyczny kochanek. To jednak swoją drogą i takie kwestie także brał pod uwagę, zawieszone jednak gdzieś w czasoprzestrzeni jako "nieokreślony stopień dodatkowego zagrożenia z zewnątrz" przy na razie dość skąpej charakterystyce nieznajomej. Ciekawe jak miała na imię... cóż, gdyby chciała, powiedziałaby. Fajnie i tak, że pokusiła się o nazwanie go per "więcej niż ktoś tam".

Anonymous - 3 Styczeń 2012, 18:25

Nie można było powiedzieć, że Maisie w tej chwili była przestraszona. Z tego wynikałoby, że przerażałaby ją każda sytuacja. A ona sama twierdziła, że nie miała lęku przed innymi. Przyznałaby, że jest zamknięta w sobie i że obawia się niektórych zachowań, ale nigdy nie powiedziałaby, że boi się ludzi. Gdyby tak było, nie przyszłaby tutaj, gdyby nie miała pewności, że nikogo by tu nie było. Musiałaby wiedzieć, że prawdopodobieństwo jest równe zero i wtedy by się tu udało. A gdy zobaczyłaby inną osobę, zapewne po prostu by uciekła. Jak widać nie zrobiła tego, co oznaczało, że nie boi się nieznajomych. Przynajmniej w jej mniemaniu.
Co do walizki, to przyzwyczaiła się już, że z nią podróżuje. Co więcej, gdyby nagle ją gdzieś zostawiła, czułaby się, jakby ją okradziono. Nawet jeśli zawartością bagażu były jedynie jej sukienki. Trzeba jednak wziąć pod uwagę, że ubrania były dla niej najważniejsze. Dla przypadkowego przechodnia mogłoby się wydać dziwne to, w jaki sposób traktuje garderobę. Prawda była taka, że uszył ją jej Stwórca, po którym została jej teraz tylko ta walizka i jej zawartość. Nic więcej. Więc jej sentyment do sukienek był w pewnym sensie uzasadniony.
Reakcja chłopaka zdziwiła Marionetkę i jednocześnie odrobinę ją zezłościła. Ten to tylko uważałby na naruszenie czyjejś prywatności. A może ona chciała, żeby ktoś jej wysłuchał, żeby ktoś ją docenił? Nie, po co, lepiej pilnować swojej kultury. Uch, to denerwowało ją najbardziej.
Nagle poczuła, że musi wyładować swoją złość. Kiedy chłopak skończył mówić, chwyciła część potłuczonego witrażu i rzuciła w niego. Spojrzała na niego z determinacją, a w jej oczach od czasu do czasu pojawiała się iskierka gniewu.
-Dobra kurtka, dobry nocleg, dobre intencje. Wszyscy tak mówią. Przygarniają cię, a potem pewnego dnia wyrzucają.-Powiedziała, zgrzytając zębami. W chwili, gdy powiedziała o wyrzuceniu, nagle jakby ją zatkało. Powiedziała za dużo. O jedną rzecz za dużo. I kosztowało ją to dwie łzy, które spłynęły z jej oczu. Szybko jednak je otarła i przykucnęła obok resztek witrażu.
-Cholerni bohaterzy.-Mruknęła pod nosem, przebierając w szkle. Nie zwracała uwagi na prawie niewidoczne poszarpania na materiale. Kto by się czymś takim przejmował, pf.

Anonymous - 3 Styczeń 2012, 22:43

Mało kto potrzebował nagle czegoś takiego jak osoba zupełnie obca, wpieprzająca się w jego życie prywatne. Jun zmuszony był więc niejako do lekkiego uniesienia brwi w najszczerszym zdziwieniu kolejnym pęknięciem logicznym (ach, cóż za metafora) które to objawiło się w zezłoszczonym głosie dziewczyny i rzucaniu w niego szkłem. W tym momencie jego własne poczucie normalności nakazałoby bardzo, bardzo prosty ciąg reakcji na który składałoby się pokręcenie głową, nazwanie jej dziwadłem i opuszczenie kościoła w poczuciu, że albo spieprzył sprawę, albo nie było nawet warto pomagać. Bez problemu zdusiłby sumienie. Był człowiekiem, ludzie robili to codziennie.
Ale nie. Szczere zdziwienie przerodziło się w coś w rodzaju zakłopotania, aż wreszcie przeszło do delikatnej nuty zrezygnowania połączonej ze zmieszaniem, która razem dawała zgoła ciekawą kompozycję. Potem chłopak przez kilka minut milczał, jakby szukając weny do dania odpowiedzi. A może bił się z myślami? Wątpliwe. Nawet kiedy unikał fruwającego kawałka szkła, był niejako zaskoczony, ale niekoniecznie wytrącony z równowagi. To naprawdę mogłoby irytować. Nie, żeby się jednak przejął...
To prowadziło do ładnych paru wniosków. Po pierwsze, nieznajoma nie miała zielonego pojęcia jak do siebie przekonać, ba, nie wydawało się, że taki był jej cel. Po drugie, była solidnie pokrzywdzona przez pozornie bliskie jej osoby, na co Jun mógł poradzić... niewiele, cóż. Po trzecie, należała do bardzo, ale to bardzo wrażliwych istotek. Łatwych do skrzywdzenia. Trochę przykry widok, kiedy spotyka się taką osobę już skruszoną wewnętrznie, trudno wtedy ot tak posklejać połamane kawałki aby całość trzymała się w miarę dobrze. Jednego tylko po tym chłopak jednak nie wiedział - jak ta całość miałaby w takim razie wyglądać, jeśli cały ten teatr nie był zręczną manipulacją? Ech. Chyba nie znajdzie odpowiedzi.
- To... nasuwa sporo wniosków - rzekł na początku i sięgnął pod kurtkę, szepcząc coś pod nosem. Po chwili wyjął paczkę chusteczek higienicznych i wyciągnął spokojnie rękę.
- Może chusteczkę?
Zapytał o to, choć powątpiewał w pozytywne skutki. No, nieważne. Nie powinien się za bardzo przejmować - im bardziej się denerwował, tym bardziej chrzanił sprawę, musiał więc trzymać nerwy na wodzy i nie dawać do zrozumienia, że jak w niego obcy rzucają szkłem to mu skacze ciśnienie. Dłoń mu więc nawet nie zadrżała, odzyskał spokój dzięki własnej grze aktorskiej i było pięknie.
Nie miał zamiaru przepraszać. Kurtuazja była podstawowym narzędziem dyplomacji, służyła do tego aby nawet "wypierdalaj skurwielu" było ładne i nie mógł jej zarzucić. Co więcej, gdyby jemu ktoś próbował nagle wjechać w życie osobiste, nabiłby się co najwyżej na pięść Juna. Na pewno nie pomogłoby to w integracji...
- Bohaterów nie ma - rzekł ze spokojem, ale i dobitnie. - A większość ludzi, bądźmy szczerzy, nie przyjmuje nikogo z ulicy bo to kretyńskie. Posiadanie kogoś na utrzymaniu, dodatkowe koszta, stres, odpowiedzialność, nagłe zaburzenie sfery prywatnej... to jest okrutny kłopot. Czasem wręcz nie do obejścia kiedy masz własną odpowiedzialność, własne zadania.
Odetchnął wtedy głęboko i poprawił kołnierz kurtki, nie przerywając jednak kontaktu wzrokowego. Dłonią lekko potargał swoje włosy w okolicach skroni, robiąc chwilę przerwy na obserwację jej reakcji.
- Po co więc ktokolwiek miałby cię przyjmować? Żeby narazić się dodatkowo na kradzież, albo gorzej?
Po tym pytaniu też przykucnął. Nie zbliżył się, oparł za to łokieć o zgięte kolano i uśmiechnął się delikatnie.
- Co możesz zaoferować aby uzyskać to ciepło, które jest ci tak potrzebne do przełamania tej okropnej samotności?
Nie musiała mu, oczywiście, mówić. Mogła sobie olać sprawę, rzucić w niego szkłem jak przystało na frustratkę, uciec od odpowiedzi albo zareagować jeszcze gorszą agresją na to, że naraz wyciągnął tak wiele wniosków. Czy były słuszne? Nie miał pojęcia, nie siedział w jej głowie, mógł co najwyżej odczytywać jej znaki. No i gadać, gadać, gadać. Obadać ją. Omijać pytań, szukać odpowiedzi.

Anonymous - 4 Styczeń 2012, 20:39

Zaległa cisza. Z pozoru nieprzyjemna, ale Maisie to nie przeszkadzało. Można wręcz powiedzieć, że się z niej cieszyła. Oczywiście, nie zapomniała o obecności chłopaka, ale przynajmniej nie musiała wysłuchiwać jego pytań, które wcale a wcale przyjemne nie były. Jun wydawał się dla niej stanowczo zbyt ciekawski. Niby nie chciał naruszać jej prywatności, a wciąż poruszał coraz to nowe kwestie, mimowolnie wchodzą w jej życie. I gdzie tu był sens? Oczywiście, wszyscy oprócz niej samej musieli wziąć poprawkę na to, że miała zupełnie inne pojęcie na wiele spraw, w tym na temat prywatności.
Owszem, dziewczyna była pokrzywdzona przez osoby, na których jej zależało. A konkretnie przez jedną, jednak właśnie to, że to była ta osoba, bolało ją najbardziej. No bo która osoba nie bałaby się innych, kiedy z domu wygoniłby ją własny ojciec? To było gorsze, niż największe tortury - myśl, że nie kocha cię twój stwórca. Co z tego, że tylko cię przerobił, jeśli to właśnie on był personą, na której zależało ci najbardziej. Nauczył cię wszystkiego, wychował - jak tu takiej osoby nie pokochać dziecięcą miłością? No i potem bum! pewnego dnia wyrzuca cię na bruk, czy to nie okropne? Za każdym razem, gdy Maisie o tym myślała, w oczach zbierało jej się wiele łez. To wydarzenie bolało ją w sercu i nie mogła nic na to poradzić. Stąd też wynikało to, że była wrażliwa. I że uciekała przed innymi. Nie to, że gardziła resztą świata, po prostu bała się, że spotka osobę, którą pokocha i znowu będzie przez to cierpieć. Dlatego też zamknęła się na innych, robiąc sobie większą krzywdę. Była w tym jakaś logika, pokrętna, ale była.
Jun znów się odezwał i przerwał tę piękną ciszę. Maisie łypnęła na niego spode łba. Miała nadzieję, że zostawi ją w spokoju, ale nie, on musiał nadal drążyć temat. Ech, ci ludzie, byli tacy uciążliwi.
Kiedy podał jej chusteczkę, obrzuciła go podejrzliwym spojrzeniem. Nagle gwałtownie wyciągnęła rękę i szybko ją zabrała. Potem otarła oczy, ostentacyjnie ignorując chłopaka. Miała go szczerze dość, przynajmniej w tej chwili. Ale pewnie gdyby odszedł, byłoby jej źle. Sama tego nie wiedziała.
Dłuższą wypowiedź zbyła ciszą, ale gdy chłopak zasugerował jej kradzież, nie wytrzymała. Spojrzała na niego groźnie, jej oczy ciskały błyskawice, ale widać też w nich było ból.
-Czy ja wyglądam na kogoś, kto okradłby osobę, która go przygarnie? Wyobraź sobie, że nie wszyscy należą do tych, co tylko by zabierali nieswoje rzeczy. Może ty tak.-Wybuchnęła. Pod koniec natomiast zeszła z tonu i zakończyła obrażona. Wróciła do bawienia się szkłem.
Następne pytanie zbiło ją z tropu. Zamarła przez chwilę wpatrując się w mur przed nią. W jej głowie pojawiło się wiele nieprzyjemnych myśli. A co, jeśli ojciec wyrzucił ją, bo nic mu nie dawała? Co, jeśli była tylko ciężarem? Co prawda kiedyś zanim zasnęła usłyszała, jak mruczał pod nosem, że lalka ani trochę mu się nie udała, ale myślała, że to nie było o niej. Ale w sumie... Czy w tamtym domu była w tym czasie inna lalka?... Niestety nie. Więc to dlatego ją wyrzucił, nie odpowiadała jego wymaganiom. Ani nic mu nie dawała.
Długo nie odpowiadała. W końcu jakby się ocknęła i opuściła głowę. Nie chciała płakać, ale łzy cisnęły jej się do oczu. Zacisnęła pięści i zazgrzytała zębami. W końcu odważnie spojrzała w oczy chłopakowi.
-Nie wiem. Będę się martwić, jak przyjdzie na to czas. Który pewnie i tak nigdy nie nastanie. I dzięki tobie właśnie zrozumiałam, czemu musiałam opuścić najpiękniejsze dla mnie miejsce na ziemi.-Odpowiedziała, zagryzając wargę. Tym razem nie odwróciła wzroku. I wbrew pozorom, nie popłakała się. Powstrzymała łzy. Na razie.

Anonymous - 4 Styczeń 2012, 21:41

Ach, był okropnym hipokrytą. Ale, ale, czy to jego wina, czy... jej? W końcu, pofolgował sobie bo mu na to pozwalała, naciskał, bo sama nie przeszła do ofensywy, był coraz bardziej nachalny bo go nie odstręczyła na tyle aby pomyślał, że nie warto się starać. W jego oczach więc cały czas był usprawiedliwiony kiedy przemawiał, choćby wygadywał najdziwniejsze rzeczy. Byle nie były obiektywnie rzecz ujmując głupie. A tu wiedział doskonale, że kretyńsko aż tak nie mówił bo intelektualizm niektórych kwestii przygotowany był na scenę nim jeszcze przedstawienie się rozpoczęło.
Innymi słowy, Maisie nie była pierwszą, z którą tak rozmawiał.
Musiał jej oddać jedno - wręcz przecudownie odgrywała zamknięcie w sobie w stopniu który trudno określić innym słowem aniżeli "autystyczne". Bawiła się szkiełkiem niemalże ostentacyjnie ignorując otoczenie, zamyślona nad własnymi sprawami i sobą. Przypuszczalnie łatwiej by było jej żyć, gdyby się skupiła na otoczeniu - zazwyczaj ani drzewa, ani architektura nie miała wewnętrznych przeżyć nie do rozwiązania. Chociaż w tej kwestii absolutnie nie miał prawa jej oceniać - sam miewał gorsze dni, ale to już otoczenie musiało odczuć. Tyle, że ona o tym nie wiedziała. I ewentualna wiedza niewiele by zmieniła w jej życiu toteż nie było nawet sensu dzielić się zakazanymi opowieściami. Co najwyżej mógłby powiedzieć coś sugestywnego i frustrującego typu "nie jesteś jedyną z problemami", co w sumie było racją - wystarczyłoby kilka przykładów samotnych matek czy wyrzuconych z pracy czterdziestolatków aby udowodnić swoje racje... ale to nie miało sensu. Zbyt słaba siła przebicia, za bardzo sztampowe, zbyt oczywiste i za mało uzmysławiające. O, to dobre określenie.
Niefortunnie nie znał jej na tyle aby jednoznacznie określić co by do niej trafiło. Oczywiście, nie licząc tego, co by ją kompletnie pokruszyło ale wystarczyło mu już patrzenia na to jak rozpłakała się od jego propozycji pomocy. Naprawdę, była wrażliwa. A on - cokolwiek niedelikatny. Dlatego po raz kolejny jej frustracja odbiła się od jego spokoju jak miękka, kauczukowa piłeczka od betonowej ściany. Tym razem jednak Jun, niefortunnie, musiał ukrywać rozbawienie. Była tak... naiwna? Nie, nie, powinien to ugryźć z innej strony. Przewrażliwiona. Lekko uniósł brwi więc.
- Wiesz, nigdy nie byłem w Krainie Luster, ale tutaj to co powiedziałaś, brzmi cokolwiek głupio - powiedział wreszcie. Nie był krytyczny na siłę, ale... no, po prostu nie mógł się powstrzymać. Jak bardzo trzeba być naiwnym żeby wierzyć w te brednie? Jak bardzo jeszcze chciała go przekonać, że była godna zaufania bo nigdy by nie wpadła na to, że można by było go potraktować bardzo, bardzo perfidnie gdyby tylko zaprosił do domu?
Może by jej opowiedział historię o imprezie i drinku? Nie, parabola by się nie sprawdziła, ona nie była stąd toteż nie wiedziała czym były tabsy. Uznał więc, że nie ma sensu tłumaczyć. Po prostu absolutnie spontanicznie jej powiedział, że to, co powiedziała, miało niski poziom. Ach... a tak bardzo chciał utrzymać elokwencję. No i mu nie wyszło. Westchnął pod nosem.
- Przepraszam, nie chcę obrażać. Takie jest moje zdanie.
Po chwili musiał coś dodać i w tym momencie dało się wyczuć w jego głosie autentyczną skruchę. Czy to się jednak przebiło przez jej wewnętrzne wynurzenia? Jun bowiem nie zanotował, że, kiedy mówił, ona właśnie się ponuro zamyśliła nad jego wypowiedzią. Genialnie... Jej odpowiedź sprawiła, że pokręcił głową lekko i cicho zacmokał.
- Załóżmy więc, że chwilę temu ci zaoferowałem nocleg, bo tak było. Zbeształaś mnie za to, bo i tak cię wszyscy wywalają. Teraz mówisz, że chwila próby nie nadejdzie. Sama sobie przeczysz, wiesz?
Westchnął ciężko, uśmiechnął się i podrzucił jej paczkę chusteczek. Starał się wyglądać w miarę pogodnie.
- To prawie taka hipokryzja jak moja... prawda? Co do twojego ostatniego zdania, cóż. Gdybyś miała wyższą samoocenę mogłabyś powiedzieć, że jest dokładnie tam gdzie ty aktualnie przebywasz.
Dla niego sprawa wyglądała inaczej. Jego miejsce było tam, gdzie pewna, bardzo konkretna osoba. Czy jednak był to dołek na dwa metry, jakiś przytułek, dno rzeki czy ciasna kawalerka, tego nie wiedział.

Anonymous - 5 Styczeń 2012, 20:24

Ale czemu miałaby atakować? Nie interesował jej ani chłopak, ani jego życie. Dlaczego więc miała zadawać puste pytania, na które tak naprawdę nie chciała znać odpowiedzi? To właśnie było powodem jej milczenia, przez co musiała znosić kolejne pytania ze strony chłopaka, co wcale, a wcale jej się nie podobało. Wolałaby siedzieć i bawić się szkiełkami - to wydawało jej się bardziej zajmujące, niż odpowiadanie na jakiejś głupie pytania o niej. Z każdym chłopak stawał się coraz bardziej nachalny i mimowolnie wtrącał się w jej życie prywatne, choć pozornie tego unikał. Nie mogła powiedzieć, że jej się to podobało.
Tutaj Jun się mylił. Maisie nie odgrywała zamkniętej w sobie, ona po prostu taka była. Nie potrafiła zaufać innym, bo bała się, że ją skrzywdzą. Przez to stworzyła sobie swój mały światek, w którym nie było żadnej istoty, oprócz niej samej. Ona nim rządziła i ustalała w nim zasady, nic nie zmieniało się bez jej zgody. Nikt też go nie zakłócał... Aż do teraz, kiedy zrobił to ten chłopak. To trochę dziwiło dziewczynę, bo zazwyczaj wszyscy dookoła nie zwracali na nią uwagi albo po prostu mieli ją gdzieś. No bo kto normalny chce dowiedzieć się czegoś o zagubionej dziewczynie wędrującej z walizką i wyglądającej na chorą psychicznie? Raczej nikt.
Poza tym marionetki nie obchodziły samotne matki. Ona nawet nie wiedziała, kim one są. Zapewne określiłaby je jako zwierzęta, które zostały porzucone, czy coś. Dlaczego? Bo nigdy nie miała osoby, która spełniałaby rolę mamy. Przez krótki fragment swojego życia miała czułego ojca, ale nigdy matki, która by się nią zaopiekowała. Może gdyby tak było, razem znalazłyby dom po wyrzuceniu od ojca. Może właśnie ona zaopiekowałaby się dziewczynką i zatroszczyła się o nią, dzięki czemu jej charakter byłby zupełnie inny. Ale były to tylko przypuszczenia, których nigdy już nie można było sprawdzić.
Maisie spojrzała na chłopaka posępnym wzrokiem. Nieskutecznie próbował ją zrozumieć, a jak dotąd nikomu się to nie udało. I on myślał, że jemu się powiedzie? Pf.
-Brzmi głupio, bo nie wiesz, o co dokładnie mi chodzi.-Wyjaśniła. Tak naprawdę ona sama również nie wiedziała, co myśli. Miała jakieś ogólne pojęcie, choć jeszcze przed chwilą było ono dokładniejsze, jednak zostało zburzone przez wszystkie pytania chłopaka. Uch, jak ciekawość drugiej osoby mogła zniszczyć życie.
Na wzmiankę o zdaniu, tylko kiwnęła głową. Niestety, nie udało mu się. Znowu się obraziła. Ale miło było, że wyraził swoje zdanie na ten temat. Zawsze inaczej było poznać opinię osoby postronnej, która niewiele o niej wiedziała. Tacy ludzie oceniali świat dużo obiektywniej, niż ona.
Następne słowa chłopaka ją szczerze i porządnie zaskoczyły. On zaoferował jej nocleg? Jak to się stało? Przecież nikt nie chciałby takiej brzydkiej lalki w domu. Nawet on powiedział, że nikt jej nie chciał, bo mogłaby kogoś okraść. Więc jakim cudem niby proponował jej nocleg? I kto tu był nielogiczny...
-Nie przeczę. Dla mnie nie nadeszła.-Powiedziała ponuro, wynajdując wśród szkła nowy kawałek. Ciągłe oglądanie tamtego już jej się po prostu znudziło. Była dzieckiem i potrzebowała zróżnicowania w zabawkach. A że ni było ich za wiele, postanowiła wziąć podobną, aczkolwiek inną.
Chusteczek nie wzięła. Na razie ich nie potrzebowała. Udało jej się powstrzymać łzy i nie chciało jej się już płakać. Owszem, była przygnębiona i miała ponury humor, ale nie było jej aż tak smutno.
-Niestety, moja ocena jest taka, jaka jest. Zresztą... Jedynym stałym elementem zamieszkania jest moja walizka.-Powiedziała, ponuro się uśmiechając. Natychmiast jednak przestała i wróciła do bawienia się szkiełkiem.
-Oj, Maisie, Maisie.-Powiedziała cichutko do samej siebie, choć w sumie można by pomyśleć, że pośrednio się chłopakowi przedstawiła. Tym bardziej, że potem przez króciutką chwilkę na niego spojrzała.

Anonymous - 6 Styczeń 2012, 09:59

Och... a ktoś wcześniej przypadkiem nie pokazywał chęci poznania osoby, która by się wpierdalała w życie osobiste? Jun, gdyby dostąpił tego swoistego zaszczytu i przeczytał jej myśli od początku do końca, pewnie skończyłby li tylko na prostym i oczywistym wniosku, że miał do czynienia z osobą, która czyniła się nieszczęśliwą na siłę. Nielogiczne? Dla niego bynajmniej, to zdecydowanie nie było pozbawione sensu. Bycie ciągle nieszczęsną, biedną, nie mogącą nic poradzić ze swoim życiem ofiarą było w końcu takie wygodne, takie rozkosznie łatwe, wystarczało się nad sobą poużalać, posmucić, pokazać światu kto ma gorzej i brnąć dalej. Po co więc przyjmować pomoc, skoro to by oznaczało zaburzenie stanu biedy? Trochę jak z tymi bezdomnymi którzy nie chcieli pracować - bycie po prostu skrzywdzoną przez los musiało być proste.
Ale i frustrujące. Jun by bowiem takiego użalania się zwyczajnie nie zniósł w swoim przypadku, dostał ciężkiej kurwicy i w końcu popełnił samobójstwo, załamany ciągłą stagnacją.
Zerknął w dół. Podłoga w kościele, wbrew oczekiwaniom, była sucha i zapraszała do posiedzeń, postanowił więc swoich nóg za bardzo nie męczyć, lekko otrzepał posadzkę poniżej siebie i usiadł, od razu zajmując pozycję taką, jaką przyjmują Japończycy będąc gośćmi. Przy okazji skierował na dziewczynę spojrzenie badawcze, choć może nieco chłodniejsze. Na to, co powiedziała, odrzekł krótko i bez wahania:
- To wytłumacz.
To było bardzo dobitne i kategoryczne, ba, zmiana w intonacji była bardzo, bardzo wyczuwalna. Nie podobało się jak odegrał rolę wcześniej? Mógł inaczej. Miał kretyńskich sto różnych sposobów na rozegranie jednej, cholernej sytuacji, tylko tyle, że należało znaleźć taki który by trafił. Słodki paradoksie - zasadniczo mu się udawało do tej pory doskonale. Jakkolwiek by się to w jej głowie nie układało on się dowiadywał coraz więcej, co można było tłumaczyć bądź jakimiś ukrytymi zdolnościami i gniewem dziewczyny podszytym pewną dozą pozytywu wynikającego z faktu, że ktoś jej jednak chciał wysłuchać, albo po prostu tak bardzo chciała o sobie mówić, że nawet będąc na kogoś zła... ech. Westchnął w pewnym momencie dość ciężko. Mała egoistka. Przekrzywił lekko głowę, wciąż ją obserwując z delikatnym, uprzejmym zainteresowaniem, następną jej bezradną myśl podsumowując li tylko kiwnięciem głową, bo co tu wiele nie mówiąc, niewiele więcej mógł powiedzieć. Wysunąć krytykę? Rzucić filozoficzne zdanie o krainach szczęśliwości i innych takich pierdołach? No. Oczywiście mógłby kompletnie przestać udawać, ale to już mu się nie uśmiechało. Wtedy pewnie by ją przestraszył. Przypuszczalnie. Nie ukazał więc żadnej więcej reakcji, dopóki nie usłyszał jej dalszych wypowiedzi, a te wywołały u niego narastające poczucie rezygnacji.
Co tu wiele nie mówić, takowa mieszała się z wyrzutami sumienia, że tak spierniczył sprawę. Z drugiej strony, z ludźmi o takiej mentalności ciężko było rozmawiać... zadumany więc rzekł:
- Ładne imię.
Po czym sięgnął pod kurtkę i ze spokojem wodza wyciągnął pistolet.
- Załóżmy, że to ty masz rację - rzekł wtedy spokojnie, obracając broń w dłoniach. - I dodajmy, że twoja historia mnie urzekła na tyle, że jest mi ciebie szczerze żal. A miałaś pecha i trafiłaś na psychopatę.
Z miną płatnego mordercy wycelował w nią. Czy zauważyła to czy nie, nawet swojego Glocka nie odbezpieczył, uznawszy to za absolutnie zbędny gest. Co więcej, swobodnie sobie pozwolił na celowanie tylko jedną ręką, przy okazji tym razem na chwilę nawet nie zmieniając obiektu obserwacji.
- I po tym co mi mówisz, nie widzę innego rozwiązania. Co robisz?
Wciąż w nią celował, zastanawiając się czy ją zmrozi, zauważy farsę, zaatakuje go czy ucieknie. Ostatni scenariusz byłby chyba najbardziej sprzyjający, choć, to trzeba było przyznać - mimika Juna i jego cyniczne, absolutnie już pozbawione tego ludzkiego ciepła spojrzenie mogło sugerować, że to najbardziej rozsądna opcja. Z drugiej strony, jeśli efekt by zadziałał, miał ją na muszce. Jeden ruch i mógłby strzelić, przynajmniej z jej perspektywy. Z jego nie - musiałby najpierw odblokować broń, potem dopiero wystrzelić, co jej, jako marionetce, dałoby nieco więcej czasu niż przewidywały standardy.

Anonymous - 6 Styczeń 2012, 14:43

Rzeczywiście, Maisie zachowywała się tak, jakby chciała poznać chłopaka, jednak robiła to mimowolnie. Ale cóż jej się dziwić - zawsze była sama i w głębi duszy pragnęła osoby, która choć byłaby dla niej miła, a co dopiero takiej, która by się nią zainteresowała. A kiedy pojawiała się taka okazja, swoim zachowaniem co prawda przeczyła swoim słowom, ale to ono mówiło prawdę. Poza tym może i dziewczyna robiła z siebie nieszczęśliwą na siłę. Nawet jeśli tak, to o tym nie wiedziała. Zawsze żyła w przeświadczeniu, że jest beznadziejna, a inni nie pomagali jej tego zmienić. Dlatego po prostu nauczyła się egzystować samotnie, w ten sposób. Pomocy nie przyjmowała dlatego, że bała się, że znów zostanie zraniona. Gdyby nie to już dawno byłaby szczęśliwa, bo zdarzały się osoby, które jej ją proponowały.
Kątem oka Maisie zauważyła, że chłopak usiadł. Pozornie nic sobie z tego nie robiła, w rzeczywistości jednak zaczęła co chwila rzucać mu ukradkowe spojrzenia, w końcu przezorności nigdy za wiele. Była przygotowana na wszystko, a przynajmniej tego chciała. Prośba Juna ją zdziwiła.
-Pewnie uznasz to za dziecinne, bo wszyscy tak myślą. Między innymi dlatego wszyscy omijają mnie bez słowa, co niezbyt mi przeszkadza.-Tutaj na chwilę przestała, rzucając mu wymowne spojrzenie. Miała nadzieję, że zrozumie aluzję, aczkolwiek nie była tego taka pewna po jego zachowaniu. Po chwili zdecydowała się kontynuować.-Nie mogłabym okraść kogoś, kto by mnie przyjął, nie po tym, jak błąkam się od jakiegoś czasu bez jakiegokolwiek dachu nad głową. Jak mi zimno, zakładam kilka sukienek na raz. Jak pada, śpię pod mostem. Ciągle wędruję, nie mam jednego miejsca, które należałoby do mnie. Większość osób patrzy na mnie krzywym okiem, bo nie należę do najpiękniejszych lalek. Oni wszyscy woleliby widzieć porcelanowe dystyngowane panienki, a nie jakąś marionetkę z drewna obszytą materiałem, którego nawet nie starczyło na ręce.-To mówiąc zsunęła trochę rękawiczkę, pokazując drewno, z którego wykonane były jej ręce. Zaraz jednak poprawiła ją i westchnęła.-Nie jestem niewdzięcznicą, nie okradłabym kogoś, kto zaopiekowałby się mną choć przez chwilę.-Tym oto dość melancholijnym zdaniem zakończyła swoją wypowiedź. Dopiero po chwili zorientowała się, że powiedziała o sobie bardzo dużo. Czyżby to ta otwarta na ludzi i pragnąca szczęścia część się odezwała? Zapewne tak. Inaczej Maisie nigdy nie opowiedziałaby osobie całkowicie dla niej obcej tylu rzeczy.
Na wzmiankę o imieniu tylko się lekko uśmiechnęła i skinęła głową. Annabelle miała jednak głowę do imion. To ona nadała jej to miano, które postanowiła nosić do teraz. W końcu mogła je zmienić, ale zdecydowała się, że właśnie tym się przedstawi przed marionetkarzem...
Zanim zdążyła popaść w ponure rozmyślania, usłyszała słowa chłopaka. Natychmiast zerwała się z miejsca, bo wiedziała, że nie może się za nimi kryć nic dobrego. Po chwili jej przypuszczenia się potwierdziły, bo został w nią wycelowany pistolet. Na chwilę zamarła z przerażenia, jednak trwało to naprawdę krótko. Potem ścisnęła trzymany przez nią kawałek szkła i nagle rzuciła nim w chłopaka. Następnie, zamiast uciec lub przynajmniej się ukryć, uśmiechnęła się jak psychopatka, którą w sumie trochę była i... Zmieniła się mysz. Jako to właśnie zwierzątko okrążyła chłopaka, zataczając wielki łuk i próbując dostać się do walizki.

Anonymous - 6 Styczeń 2012, 17:06

Szkło miało to do siebie, że bardzo łatwo było go uniknąć. Słaba precyzja w wyznaczaniu trajektorii lotu, przeciętna celność, beznadziejny zasięg, byle jaka prędkość - wszystko to sprawiało, że wystarczyło mu się odchylić aby uniknąć niezbyt przyjemnego zderzenia. Przy okazji jednak westchnął i opuścił broń, z obojętnością przyglądając się jak się przemieniała. Intrygujące. Właśnie w takim czasie, kiedy tak cudownie się odsłoniła, był czas aby ją postrzelić. Zamiast tego chłopak zrobił jednak w momencie unikania kawałka szyby dokładnie to, co zamierzał zrobić od samego początku.
Schował broń.
Nie widział głębszego sensu w jej używaniu. Była farsą, pokazówką, małą dźwigienką która dała mu do myślenia w kwestii umiejętności bojowych Maisie, jak i jej ewentualnego stosunku do jednostki, która chciałaby ot tak uwolnić ją od tego ciężaru zwanego życiem doczesnym. Czyli, że instynkt samozachowawczy miała. To raczej dobrze. Cóż, gdyby nie on, trudno powiedzieć czy by sobie poradziła... mogła mieć naprawdę dużo szczęścia, a z tego co widział, raczej by tego nie dostrzegła na tyle aby mu powiedzieć. Glock wylądował bezpiecznie w sakiewce, kiedy Jun obserwował jak mała, szara myszka biegła ku walizce zataczając szeroki łuk.
- Ładnie, choć w pewnym momencie się odsłoniłaś - rzekł wreszcie, unosząc ręce ku górze jakby się poddawał. Bynajmniej by go nie zdziwiło gdyby wywiała, choć, tak szczerze, wolałby nie. Zaoferował jej ten nocleg i obstawał przy tej decyzji, nieszczególnie ważąc na osobne szczegóły. Cóż, jej przypuszczalnie trudno było zrozumieć, że kogoś nie obchodziłyby takie walory estetyczne, co zresztą chłopak zasugerował - on należał do osób cokolwiek bardziej praktycznych, a przynajmniej tak zwykł uważać, co sprawiało, że miał kwestię wyglądu gdzieś. Do tej pory nawet mu przez myśl nie przeszło, oceniać ją, choć może cień takiej chęci przemknął przez jego mózgownicę kiedy wspomniała o swoim wyglądzie. No tak, nie pomyślał o tym.
- Żeby wygląd był takim ważnym kryterium... - mruknął do siebie i podrapał się, zadumany, po brodzie. - Całkiem ludzki ten nieludzki świat. Ach, przepraszam, że cię przestraszyłem. Nie miałem zamiaru do ciebie strzelać, nie odbezpieczyłem nawet broni.
Choć przepraszał, wciąż jego głos brzmiał jakby był z lekka przytłumiony. Oczywistość, że w tym momencie Jun nie miał najmniejszego zamiaru nikogo zatrzymywać, Odwrócił się tyłem do walizki ażeby dać dodatkowo do zrozumienia, że nawet za bardzo wiele zrobić nie mógł... czy też nie chciał. Westchnął ponownie. Właściwie na ile mogło zależeć na życie dziewczynie, której psychika podpowiadała, że to potraktowało ją jak szmatę? Choć, to ciekawe, nie była przecież zbyt zniszczona jako marionetka - a te chyba naprawić mogli tylko marionetkarze. Czyżby więc miała tak ciekawe umiejętności, dość sprytu, czy też po prostu, jak już wcześniej pomyślał, dość szczęścia aby przetrwać? No i... jeszcze jedno.
- Jeśli chcesz pójść to proszę, ale chcę wiedzieć jeszcze jedną rzecz. Dlaczego się uśmiechnęłaś przed chwilą?

Anonymous - 6 Styczeń 2012, 19:20

Przemieniając się widziała, co się dzieje. Chłopak uniknął szkła, co niezbyt jej się podobało. Właśnie zastanawiała się, co by mu zrobić, myślała nawet o podpaleniu, choć do tego potrzebowałaby zapalniczki z walizki, kiedy zauważyła, że schował broń. W tamtej chwili w jej głowie zapaliła się ostrzegawcza lampka. Musiała być ostrożna, bo nie wiadomo, co mógł jeszcze wymyślić. Może schował pistolet tylko po to, aby zaatakować ją czymś innym? O, choćby kataną, którą miał przy sobie. Maisie nie mogła się czuć pewna ani bezpieczna, cały czas za to była czujna.
Oczywiście, że miała instynkt samozachowawczy. Przecież każdy go posiadał, a przez to, że zmieniała się w zwierzęta, u których właśnie to brało przewagę, mimowolnie go przyjęła. Nawet jeśli dziwnie wyglądało to u użalającej się nad sobą dziewczyny.
Na jego słowa nie odpowiedziała, ale trudno, żeby zrobiła to, będąc myszą. Jej moc polegała na zmienianiu się w zwierze, czyli na posiadaniu wszystkich jego cech, a także na nie posiadaniu cech ludzkich. Tak więc mowa była w tym momencie po prostu niemożliwa. Pomijając już oczywiście fakt, że odzywać się zwyczajnie nie chciała.
Zatrzymała się dopiero przy walizce i znów przemieniła się w swoją normalną postać. Tym razem jednak ciągle uważnie obserwowała chłopaka. Nie mogła spuścić go z oczu, nawet, jeśli - jak twierdził - nie chciał jej zaatakować. Ona po prostu już mu nie wierzyła, ale czy ktoś by się na jej miejscu dziwił? Skoro spotykały ją nieszczęścia, jak mogła zaufać komuś, kto dla zabawy celował w nią pistoletem? Chyba nie było takiej opcji.
Maisie sama nie do końca wiedziała, jak udało jej się przetrwać aż do teraz. Może to dlatego, że trzymała się z dala od innych istot myślących. Pewnie to był główny powód, choć były też inne. Choćby jej moce, na przykład taka pirokineza. Pewnie to też jej pomogło. Za bardzo się nad tym nie zastanawiała, cieszyła się po prostu, że żyła, co było kolejnym jej paradoksem.
Czy chciała pójść, nie wiedziała. Z jednej strony nie ufała chłopakowi i była temu przeciwna. Z drugiej jednak ciągnęły ją dobre warunki i chciała choć jedną noc spędzić w ciepłym pomieszczeniu. To mimo wszystko przeważyło, więc zdecydowała, że pójdzie z Junem. Ale jego pytanie ją zaskoczyło. Zamyśliła się nad tą sprawą i doszła do wniosku, że nie miała na nie odpowiedzi.
-Sama nie wiem. Czasem wydaje mi się, że siedzi we mnie kilka osób. W jednej chwili jestem smutna, potem nagle wybucham gniewem. Nie mam pojęcia.-Powiedziała, wzruszając ramionami. W sumie nie wyjaśniła zbytnio tej sprawy, ale znowu zdradziła szczegół o sobie.

Anonymous - 6 Styczeń 2012, 20:48

Skoro mu nie chciała wierzyć, to już ich relacja stała się bardziej zdrowa. Oczywistym bowiem było dla Juna, że on by nie uwierzył ot tak pierwszy raz napotkanej osobie bo... to by było kretyńskie. Co tu wiele nie mówić, należał do osób raczej przezornych i jeśli cokolwiek miał zamiar udostępniać nowo poznanym osobom, było to coś, na czym by mu absolutnie nie zależało. Zaufanie? Cóż, Maisie nieświadomie przekroczyła tę barierę i zbliżyła się do prywatnej sfery u chłopaka na tyle, że ów jej w ogóle pokazał broń palną, jak i wycinek ze swojego sposobu postępowania. Ona mu więc przestała ufać. A on jej? W jakimś sensie pokładał wiarę w szczerości tego, co mówiła - irracjonalne to, wciąż w myślach nie darzył szczególną aprobatą jej sposobu na życie (czy też - jego braku), ale w jakiś alogiczny sposób właśnie taką osobę mógłby uznać za wiarygodną. Dlaczego? Być może dlatego, że tego typu osoba nie miała za bardzo interesu w oszukiwaniu go.
Dlatego też czekał w spokoju i może nawet go nieco zdziwiło to, że odmieniła się w człowieka aby odpowiedzieć. Ciekawe. Miała więcej temperamentu niż mogłaby pokazać, spora strata, że tego nie robiła. Choć Jun nie zalecał bycia szczerym akurat wobec niego, to pewna swoboda zewnętrzna i wewnętrzna byłaby zwyczajnie przyjemniejsza w obyciu niż zamykanie się w sobie na siłę. No to chłopak, po chwili jakże emocjonującej suspensy, się obrócił. Na jego twarzy jak ta lala zagościł miły, pogodny uśmiech, a on wstał i spokojnie otrzepał spodnie. Potem spojrzał w stronę wyjścia, opuszczając dość swobodnie ręce. Stał w takiej pozycji, że spokojnie odsłaniał przed nią plecy. Przypuszczalnie nie dostrzegła symboliki tego gestu. Ech... nie zauważyła też małego szczegółu technicznego związanego z pistoletem. Jak miałby te szczegóły traktować? Nie wiedział. Podrapał się po brodzie.
- To ciekawe - powiedział wreszcie. - Zaproponowałbym pomoc z walizką, ale...
Ruszył spokojnym krokiem w kierunku drzwi, które to otworzył dość zamaszyście. Wyjrzał na zewnątrz, po czym ponownie obejrzał okolicę. Może po prostu powinien skorzystać z GPSa w telefonie? Jakie to uwłaczające, nie znać własnego miasta. Zaklął w myślach, po czym zerknął na Maisie, zadumany nad dalszym ciągiem historii.
- Ale wątpię abyś chciała żebym nosił twoje rzeczy. Otworzę ci więc drzwi.
Wskazał trochę teatralnym gestem wyjście i lekko przymknął powieki, wciąż ją obserwując. Potem mu się przypomniała jedna rzecz i powiedział:
- Ach, no i cały czas możesz zrezygnować.
Ciekawe czy miał dwa zestawy kluczy. Wyjął komórkę i zaczął w niej grzebać, szukając nawigacji, następnie - starego, zrujnowanego kościoła na przedmieściach. Skonstatował wtedy, że to niezłe miejsce na trening, po czym uznał, że dobrze by było w sumie jego lokację zapamiętać. W końcu... trochę odludzie. Hałasy nie powinny mieć znaczenia. Mrugnął. Czy nie miał przypadkiem czegoś jeszcze załatwić?

Anonymous - 6 Styczeń 2012, 21:38

Dlaczego Jun miałby nie wierzyć Maisie, skoro mówiła wszystko szczerze? Pomińmy to, że w jego oczach była aktoreczką na siłę uznającą swoje życie za beznadziejne. Ale ona miała dobre intencje, nie chciała go okłamać. Mimo tego, że nie lubiła, jak ludzie wtrącali się w jej życie, gdy już o sobie opowiadała, była szczera. Nienawidziła kłamać, uważała to za najgorsze, co może być.
Uśmiech na twarzy chłopaka z niewiadomych powodów ją zdenerwował. Wyglądał na taki fałszywy, szczególnie po tym, jak chwilę temu groził jej bronią. A mimo to nie zrezygnowała przez niego z przyjęcia propozycji chłopaka. Nawet jeśli taki był pierwotny zamiar.
Patrzyła ze zdziwieniem, jak otwiera drzwi. Nie wiedziała, w jakim celu to robi. Przecież sama doskonale by sobie poradziła. Ale natychmiast sobie przypomniała, że wychodzili razem, a on najwyraźniej chciał być choć trochę dżentelmenem. Bo co do walizki miał rację - Maisie nie chciała, aby on ją niósł. W końcu był to jej jedyny skarb, więc nie oddałaby go komuś nieznajomemu, komu na dodatek nie za bardzo ufała. Paradoksalnie powierzała tej osobie swoje życie na jedną noc. Ale o tym oczywiście nie pomyślała, bo po co.
Ciągłe wspominanie o rezygnacji zwróciło uwagę dziewczyny. Natychmiast przyszło jej na myśl, że chłopak z uprzejmości zaoferował jej nocleg, naprawdę jednak nie chciał jej w swoim domu. Trochę przez to zmarkotniała, ale zdecydowała, że mimo wszystko skorzysta z propozycji. Tak dla zasady. Poza tym po cichu chciała dokuczyć chłopakowi, a według niej ten sposób był najlepszy.
Dlatego dumnie wymaszerowała z kościoła. Syknęła, kiedy walizeczka obiła jej się o kostkę, ale nadal szła. Co prawda przez bagaż trochę się kiwała, ale co tam. Tak więc wyszła i spojrzała na chłopaka. A gdy ten zaczął iść - poszła za nim.
    [ztx2



Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group