To jest tylko wersja do druku, aby zobaczyć pełną wersję tematu, kliknij TUTAJ
Po drugiej stronie krzywego zwierciadła...

Cmentarzysko - Cmentarz

Anonymous - 16 Luty 2012, 19:33

Дорофея, udało się w końcu ujrzeć dziwne znaczki wyryte na marmurowej tablicy... A może: Досифея? Oirivin za nic nie mógł zrozumieć tych dziwnych liter, które zobaczył, Nic dziwnego, że tak długo męczył się z ich zobaczeniem w całości. Nikt nie uczył go tego języka, w jakim mogła być zapisana godność spoczywającego pod nagrobkiem. Domyślał się, iż było to imię. Coś co mogło być nazwiskiem, było już na tyle zatarte, że udało mu się tylko zobaczyć: Ге... Co to mogło znaczyć? Jak odczytać chociaż to imię? Był ciekaw, czy też brzmiało ładnie.
Westchnął cicho żałując, że przed odejściem z domu, nie zdążył się tak wiele nauczyć. Kiedy jeszcze mieszkał z rodzicami, ci zapewniali mu dobrą edukacje, ale on - młody, zbuntowany - miał gdzieś wszystkie nauki. Wolał szaleć po mieście, wymykać się z domu, kraść i tańczyć. Nie myślał wtedy, że nauka mogłaby się przydać choćby dla własnej satysfakcji. Teraz nie miał nikogo kto mógłby go uczyć czegokolwiek. Musiał sam zdobywać wiedzę. Ale to nie było takie proste...
Wtem nagle ktoś się zbliżył do niego... Pochłonięty przez własne myśli, nie zauważył, kiedy to się stało. Dopiero, gdy usłyszał głos żywej istoty, zdał sobie sprawę, że nie jest sam. Akcent, z którym zostało wypowiedziane pytanie, bardzo mu się spodobał.
Gwałtownie poderwał się z ziemi i odskoczył dwa metry do tyłu. Zrobił to niezwykle szybko i gwałtownie... Nadludzko szybki ruch i gwałtowność, z jaką został wykonany, sprawił, iż zachwiał się i omal nie poleciał do tyłu. Kiedy odzyskał równowagę, zmierzył nieznajomego wzrokiem. Nie był człowiekiem, a tym bardziej szklanym. A to oznaczało, tylko jedno: był jednym z tych, którzy mogli mu zagrażać. Stałe stwierdzenie w rodzinie albinosa.
Jego wielkie oczy, rozszerzyły się jeszcze bardziej, a usta zacisnęły na chwilę. Wyglądał teraz jak zdziwiona postać z komiksu.
- N-nie. Nie odczuwam zimna i bólu tak jak inni. - powiedział w końcu, nie zastanawiając się nad odpowiedzią. Tak naprawdę nie zawracał sobie po prostu głowy zakładaniem obuwia. Czasem tak robił, jednakże przeważnie nosił jakieś buty.
Spięty stał naprzeciw tamtego, mierząc go wzrokiem, który przeskakiwał wciąż z miejsca na miejsce. Jego uwagę przyciągnął niezwykły kolor włosów chłopaka, a także jego strój. Gdyby tylko miał, sam by z chęcią taki nosił. Zastanawiał się tylko nad tym płaszczem... żołnierza?

// Zawstydzasz mnie, ilością tekstu D; //

Anonymous - 16 Luty 2012, 20:26

Wasij, z przyczyn prostych acz obiektywnych nie spojrzał nawet na nagrobek, przynajmniej na początku. Momentalnie wręcz jego myśli omiotła ta anomalia związana z brakiem obuwia, chwilę zaś zajęło mu dojście do tego, że skoro on miał błękitne włosy, to i nie każdy musiał mieć potrzebę noszenia obuwia. Ani chybi się musiał więc pokrótce w myślach skarcić, że pierwszym co mu do łba wpadło, było tak nietolerancyjne wobec cudzego gustu zagranie kiedy przecież nieznajomy nie wyglądał jakby bose stopy mu w jakimkolwiek stopniu przeszkadzały, gdyby tak było - na pewno nie siedziałby na cmentarzu lub pewnie dygotałby z zimna.
No i jeszcze go przestraszył. Świetnie. Zakłopotany odsunął się o krok obserwując ten zespół reakcji paranoicznych, ocenił swoje zachowanie jako relatywnie normalne po chwili i poczekał aż jegomość się uspokoi z miną pozbawioną jakiejkolwiek nerwowości, lekko przy tym pogodną. Aby jednak zająć czymś wzrok i nie obciążać nadto rozmówcy poszukał jakiegoś lepszego punktu zaczepnego dla uciekającego ku nieznajomemu spojrzenia. Wreszcie zatrzymał się na nagrobku i wtedy lekko przekrzywił głowę, nie kryjąc na twarzy lekkiego zdziwienia. Pokiwał delikatnie głową w odpowiedzi i znowu zmieszany zdał sobie sprawę, że tym razem należałoby nawiązać kontakt wzrokowy co też uczynił z niecelową opieszałością. Jakoś nie wychodziło mu udawanie, że nie był roztargniony sytuacją. Tak więc jednoznacznie był zmieszany, co wkrótce przysłonił lekkim, pogodnym, starannie wyuczonym uśmiechem. Trudno powiedzieć, że ów był sztuczny - młodzik nie był w wisielczym nastroju, acz przy okazji nie miał spontanicznego najścia dobrego humoru które by go do tego do końca skłoniło. Uczynił więc to, co uważał za odpowiednie w tym momencie i, jak miał nadzieję, rozluźnił nieco atmosferę, nieznajomy wszak sprawiał wrażenie zdenerwowanego a nie takie było założenie. Ech... a nawet nie starał się iść cicho. Podkute twardą podeszwą, solidnej budowy skórzane oficery nie należały do cichego obuwia, zdatnego do skradania się a przy jego nieco ciężkawym, trochę żołnierskim kroku tym bardziej trudno o ataki z zaskoczenia. Może więc wyrwał rozmówcę z zamyślenia. To tym bardziej generowało niezręczność i lekkie wyrzuty sumienia.
- Nie chciałem przestraszyć - rzekł więc wreszcie, starając się ukryć lekkie roztargnienie, czające się w jego głosie. - Waść... znaczy...
Chwila przerwy. W obecnych czasach nie używało się formułek, krótkie, proste zdania na znak swoistego porozumienia. Co więcej, nawet nie musiał się przedstawiać, choć może to by przełamało lody?
- Rozumiem - powiedział twardo po chwili i ukłonił się. - Wassian Lew Ilia Anamaryn. Proszę o wybaczenie nietaktu.
Po tychże słowach z postawy służalczej przeszedł w nieco bardziej luźną i dyskretnie zerknął na nagrobek. Zmrużył wtedy lekko powieki, próbując doczytać co tam było napisane, oczy go jednak nieco zawodziły. Dorofiej? Dosifiej? Nie poświęcił jednak temu dostatecznej ilości uwagi aby skonstatować nieścisłości alfabetyczne, wrócić musiał bowiem do rozmowy z nieznajomym. Ach, mógł wszak wykorzystać atut, że rozmawiał z kimś bardziej tutejszym niż on. Dlaczego o tym wcześniej nie pomyślał?
- Nie zna panicz może historii tego cmentarza? - zapytał trochę wolniej, w myślach niepewny czy aby dobrze złożył zdanie gramatycznie. Panicz, panicz, to słowo mogło mieć inne znaczenie formalne, czy nieformalne, no i... no i poza tym w tych czasach odchodziło raczej w zapomnienie. Możliwe więc, że użył też tego słowa kompletnie błędnie. Miał nadzieję, że rozmówca wybaczy mu tego typu wpadkę i wytłumaczy to w razie czego tym akcentem czy czymś.

[dlaczego zawstydzam? :<]

Anonymous - 17 Luty 2012, 10:43

Wassian Lew Ilia Anamaryn - powtórzył w myślach, dziwiąc się brzmieniu tego tytułu. Brzmiało dziwnie, egzotycznie, ale sympatycznie. Trochę jakby dziecko bawiło się w pisarza i wymyślało długie imiona dla bohatera, by wyglądało dorośle. A ten Szklany człowiek, stojący przed cudzoziemcem, lubił wszystko co egzotyczne lub kojarzące się z dzieciństwem, dzieci z bajek. Z bajek, bo sam nie miał pięknego słodkiego życia, tych kilka lat temu. Przez chwilę rozważał, czy nie zrobić wyjątku i nie uraczyć nieznajomego odpowiedzią w formie imienia. Szybko jednak zrezygnował z tego pomysłu. To, że kogoś imię brzmiało bajkowo, nie powinno zaważać na jego ostrożności. A jednak sposób mówienia błękitnowłosego, poruszał czułą nutę w duszy Oirivina. Sam nazywał się tak zwyczajnie, wręcz śmiesznie, że mimowolnie czuł się zazdrosny w stosunku do osób, które posiadały ładne, bądź ciekawe imiona. Musiał się hamować przed wybuchem radości z powodu tak ciekawego odkrycia, jakim stał się Wassian.
Powoli jego wyraz twarzy stał się normalniejszy. Zelżał. Naciągnięte mięśnie rozluźniły się, choć nadal pozostawały w gotowości. Jedynie oczy pozostawały wielkie - zdziwione.
Nie umknęło mu zerkniecie przez tamtego na nagrobek i uczucie, jakie zobaczył wtedy u niego. Czyżby znał ten język? Może był to nawet jego ojczysty? Chłopak, pomyślał, iż mógłby go poprosić o odczytanie, gdyby tak było. Ach.. Tak dużo myślał, a tak mało robił.
Przestąpił z nogi na nogę, słysząc pytanie. Że też nie mógł go teraz usatysfakcjonować odpowiedzią. W zamian odważyłby się wypowiedzieć prośbę. Zmarszczył więc jedynie brwi i odpowiedział:
- Nie, przykro mi. Jestem tu po raz pierwszy. - zacisnął na chwilę dłonie w pięści, po czym schował je w kieszeniach płaszcza, gdzie zacisnął palce na materiale.
Niewiele wiedział o tym miejscu. Słyszał jedynie, że początki cmentarzyska sięgają aż trzystu lat wstecz. Nikt jednak już z nie odwiedzał tego miejsca, chyba, że z ciekawości. Był to obiekt historyczny, idealny dla wielbicieli historii. Mogli przyjść tutaj i odszukać groby ludzi żyjących zza ich ulubionych czasów. Rzadko jednak widziało się kogokolwiek. Większość omijało to przerażające miejsce. Nikt o nie nie dbał. To dlatego nagrobki porastały mchem, ścieżek już nie było widać, a metalowe ogrodzenie sprawiało wrażenie ogromnej ściany porośniętej latoroślami. Nawet mauzoleum, które gdzieś tutaj stoi, jest już w tak fatalnym stanie, że nie wiadomo czy ktokolwiek zdołałby wejść do środka. A jednak niektórzy zapuszczali się w to miejsce z zupełnie błahych powodów
- Jesteś tu w konkretnym celu? - spytał wtem albionos, cichym głosem.

// Bo nie potrafię Ci odpowiedzieć czymś równie długim i ciekawym. //

Anonymous - 18 Luty 2012, 17:36

Kiedy się z czymś obcuje na co dzień, zazwyczaj nie dostrzega się tego nadzwyczajności. Nawet ewentualna świadomość, że ogólnie przyjęte normy w społeczeństwie zakładają pewna niesztampowość danej cechy czy zjawiska, nie przeszkadza w traktowaniu sprawy rutynowo. Wassian nigdy nie zastanawiał się więc nad swoim, de facto w Rosji nawet rzadkim imieniem choć dwa pozostałe - Lew i Illia, nieco go zastanawiały. Chodziło tu jednak przede wszystkim o fakt, że młodzik, nie uważający się nigdy za przedstawiciela arystokracji, uważał je za cokolwiek bezużyteczne, niepotrzebne, co najwyżej fałszujące obraz jego jako jednostki społecznej o wyższym statusie niż w rzeczywistości. Tym niemniej, formalnie istniały, pozostawały jedyną pamiątką po jego wymarłym wszak rodzie i należało z nich korzystać, wszak były elementem jego tożsamości. Trudno mu było przy tym skonstatować na ile tworzyły jego obecne "ja" poza tylko tym, że nazywał się jak nazywał i ściągał trochę spojrzeń na ulicy. Ach. W życiu by mu więc nie przyszło do głowy, że ktoś mógłby poddać jego imiona tak głębokim przemyśleniom, ba, że wzbudzałyby one jakieś... emocje. Ani chybi nie zważył też na fakt, że obcy rozmówca się nie przedstawił, choć w myślach musiał zanotować, że postaci strzegące zazdrośnie swych imion nierzadko wzbudzały mniejsze zaufanie, z miejsca ukazując się jako skryte, coś więc chowające przed światem. Młody, khem, arystokrata, nie oceniał jednak innych po tym szczególnie i uznał, że nieznajomy miał swoje powody. Próżno szukać więc na jego twarzy jakiegoś wyczekiwania czy prośby, związanej z potrzebą odwdzięczenia się za przedstawienie swojej godności, kiedy to tym razem już starał się patrzeć chłopakowi... mężczyźnie? w oczy. Jak dostrzegł, ów nie wyglądał na starszego, zachowaniem budził skojarzenia z kimś kto przynajmniej umysłem starał się zachować status osoby nie starszej niż około dwudziestu pięciu lat, względnie tak się pokazywać światu. Ciekawa sprawa. Dlatego może na twarzy Wassiana malowało się uprzejme zainteresowanie, choć przy okazji była to kwestia pytania jakie zadał. Wprawdzie jeden nagrobek o niczym nie musiał świadczyć, ale gdyby znalazł takowych więcej - o cudzie, mógłby się dowiedzieć naprawdę fascynującej historii! Na dodatek coś łączyłoby go z dawnym domem dając bezpieczny kompromis między świadomością, że nie ma się dokąd wrócić a wciąż zalegającą w sercu tęsknotą. Rozmarzony tym się lekko uśmiechnął, odpowiedź jednak momentalnie sprowadziła go na ziemię. No tak, wybiegł myślami za daleko. Na co on liczył!
Dostrzegł nieco nerwową reakcję rozmówcy. Ta go co nieco zdziwiła, co tu wiele nie mówić, to było zwyczajne pytanie, nie powinno budzić większych emocji (chyba, że pytającego ale on i tak przeklinał swój sentymentalizm). Wasij od razu więc powziął nieco inną strategię i zamiast się skupić na stracie wynikającej z niewiedzy uśmiechnął się pogodnie i rzekł:
- To już coś łączy mnie i panicza.
Oczywiście, tak daleko idące poczucie integracji go co nieco samego zdziwiło ale wolał okazać tego typu emocje niż lekki zawód wywołany brakiem odpowiedzi. Ale, to przecież była naturalna konsekwencja wydarzeń, nie było co rozpaczać. Miał wszak tyle możliwości - przejść się po nekropolii, poszukać tu więcej znajomych akcentów i po ich obecności (lub nie) już dojść do jakichś wniosków. Zawsze były jakieś możliwości.
Zdziwił go nieco fakt, że jakoś nie czuł atmosfery tego miejsca. Czy to kwestia zniszczeń jakich dokonał na nim czas, może brak jakiejś ponurej lecz fascynującej historii która mogłaby przylgnąć do tworzącego się wspomnienia cmentarzyska, ale wbrew ogólnej grozie i śmierci Wassian był po prostu zaciekawiony i, cóż, dało się to dostrzec. Po rzuceniu luźniejszej odpowiedzi bowiem młodzik począł rozglądać się tu i ówdzie, po chwili także lekko skłonił głowę w uprzejmym geście, spokojnie wyminął rozmówcę i podszedł do nagrobka, z którego zaczął zdejmować mech, szukając dalszej części nazwiska i może starając się uczynić imię bardziej, hm, wyraźnym. Solidne pęknięcie płycie nagrobnej i wietrzenie to znacznie utrudniały. A potem padło pytanie i myśli arystokraty, skupione do tej pory wokół Dosifieja, wróciły na ziemię po raz kolejny. Po tym nastąpiła jednak chwila przerwy którą to poświęcił na obrócenie się przodem do nieznajomego. Co powinien odpowiedzieć? Hm, to zabrzmi zabawnie jak będzie zupełnie szczery. Może więc warto spróbować.
- Cmentarz, szczególnie taki jak ten, to jedno z niewielu miejsc które wyglądają znajomo nawet po dziewięćdziesięciu latach postępu.
Nie miał pojęcia na ile niejednoznacznie tego typu stwierdzenie mogło brzmieć. Nie chciał otwarcie przyznawać, że w mieście czuł się chwilowo bardziej obco niż gdyby wylądował na Księżycu i nie chodziło nawet o to, że wobec obcego był bardzo nieufny. Ważniejsza była inna rzecz - ów raczej nie był ciekaw tego typu historii. Ot, zwykłe pytanie, relatywnie zwyczajna odpowiedź. Cudnie.

[długi post nie musi być ciekawy a taki nie najdłuższy potrafi zafascynować - mam więc nadzieję, że nie przynudzam. :3]

Anonymous - 19 Luty 2012, 11:18

Oirivin kompletnie nie zdawał sobie sprawy, że nie odpowiedzenie tym samym, na przedstawienie się, mogło wzbudzać w rozmówcach negatywne emocje. Wiedział, iż mogło się to wydawać trochę dziwne, ale nigdy nie zagłębiał się bardziej w ten temat, skupiony raczej na unikaniu innych istot jak ciosów, podczas walki. Może dlatego uważał za rzecz dziwną fakt, iż inni tak śmiało zdradzali mu swoje tytuły. Zupełnie jakby sprawiał wrażenie przyjaznej osoby, której warto zaufa., Jaki był?
Ktoś uważny zapewne zauważyłby dziwną zmianę, która zaszła na jego twarzy, tuż po kolejnych słowach arystokraty. Być może mogło to być tylko przewidzenie, jakiś tik czy coś w tym stylu, ale przez chwilę, gwałtownie usta albionosa drgnęły w lekkim uśmiechu. A może to było coś innego? W każdym razie jakaś zmiana, zaszła na jego twarzy, ale szybko minęła, jakby chcąc zostać zapomniana.
On sam też chciałby więcej dowiedzieć się o tym miejscu, w którym mógł teraz przebywać. Czy to nie fascynujące móc kroczyć po obiekcie, którego historia była znana? Gdyby pomyśleć, że właśnie teraz idzie się szlakiem osób, które robiły to samo przed trzystoma laty... Ogarniało wtedy naprawdę przedziwne, acz przyjemne uczucie. Niesamowite. Tak samo przychodzić w meisjce, które wygląda 'znajomo nawet po dziewięćdziesięciu latach postępu.' Zwykłego człowieka zapewne uderzyłyby te słowa. Jednak Oirivin jedynie przechylił głowę na bok, jak zaciekawiony kot. Zmarszczył brwi. Czyli, ten ów znajdujący się przed nim mężczyzna, musiał mieć o dziesiątki lat więcej od niego. Ten nie mógł się jeszcze poszczycić znajomością świata po poznawaniu go przez kilkadziesiąt lat. Dobijał ledwo do drugiej dziesiątki.
W dodatku było w cmentarzu coś, co już kiedyś Wassian widział i czuł się z tym związany. Tylko... Może niekoniecznie ten cmentarz wzbudzał w nim te uczucia. Mógł mieć do czynienia z wieloma takimi. Lub też ten był podobny do jednego konkretnego... A może chodziło o jakiś element? Na przykład nagrobek. Wiele było opcji.
-Uhm, tak. A czy nadal znaczą to samo po tak długim czasie?
Stanął obok błękitnowłosego spoglądając na niego uważnie. Skakał wzorkiem od jego dłoni, którymi odsłonił mech, po twarz, na której spodziewał się zobaczyć wreszcie coś więcej, jak tylko zdziwienie.

// Oczywiście, że nie <3 Poza tym pomagasz wreszcie ruszyć moją wyobraźnię, co usilnie próbuje zrobić od tak długiego czasu. //

Anonymous - 19 Luty 2012, 15:50

Skomplikowane sprawy bywały skomplikowane. Oto nieznajomy mógł w unikaniu przedstawiania się niczego dziwnego nie widzieć, tymczasem czy to specyfika "szkoły" czy też zwyczajny anachronizm obyczajowy Wassiana sprawiał, że podług jego maniery brak gestu już miał jakieś znaczenie. Zgodnie z kulturą arystokratyczną oznaczało to ni mniej ni więcej aniżeli obelgę, na co wprawdzie młodzik nie ważył szczególnie (wszak gdyby rozmówca chciał go obrazić - zauważyłby to), ale zanotował. No i, co wynikało li tylko z jego temperamentu, nic z tym nie zrobił, fakt pominął, ruszył dalej w przemyśleniach, pozostawiwszy powitanie i przedstawienie jako zamknięty rozdział, innymi słowy on zrobił to, co uważał za potrzebne do zrobienia przez niego i na tym koniec.
Tymczasem, dopóki jeszcze spoglądał w twarz rozmówcy, miał szansę być świadkiem lekkiej zmiany nastroju u niego. Stałoby się tak przypuszczalnie gdyby był obdarzony większą empatią, wtedy podświadomie by wręcz wyczuł, że ów był blisko uśmiechu. Niestety jednak szlachecki pies o wschodnim akcencie miał tę męską cechę, że emocje dostrzegał nierzadko z opóźnieniem lub wcale, poratowała go jedynie spostrzegawczość typowa bardziej dla żołnierza niż dyplomaty. Wasij zauważył więc lekką zmianę w wyrazie twarzy, zanotował ją jedynie jako to i dopiero po dłuższej chwili myślenia nad tym rozum podsunął nieśmiałą myśl, że zaszło zjawisko podobne do uśmiechu. No, ale on już wtedy kucał przy nagrobku i zgarniał z niego mech, ani chybi solidnie sobie przy tym brudząc palce. Trochę się takim prawdopodobieństwem, że jednak nastroje uległy rozluźnieniu ucieszył, przede wszystkim skupił się jednak na odczytaniu napisu co mu nieszczególnie szło. Trochę wstyd, przynajmniej dla niego, w myślach więc ciężko westchnął ze szczerym zawodem.
Gdy już mierzyli się wzajemnie wzrokiem, Wassian miał minę mimowolnie dość rozpogodzoną. Trudno powiedzieć czy była to kwestia temperamentu rozmówcy (który był specyficzny acz dość przyjemny w ogólnym obyciu), jego własna natura czy też tajemnicza aura tego miejsca, wywołująca to pozytywne podrażnienie umysłu i natychmiastową ciekawość, ale w sumie młodzik prezentował się całkiem... radośnie. To jednak nie zmieniło faktu, że pytanie które usłyszał, cokolwiek go skołowało i chwilę musiał pomyśleć nad jakąś w miarę sensowną odpowiedzią. Problem był bowiem taki, że bardzo łatwo byłoby mu odrzec cokolwiek, przynajmniej w wymiarze personalnym - miejsca spoczynku to miejsca spoczynku, tymże się należy szacunek i jakkolwiek by go nie wychowano (służba, szczególnie niższego szczebla, nie mogła się nigdy pochwalić własnym mauzoleum, co oczywiste), naturalnie wdrukował się w niego tu duży, duży szacunek. Inną sprawą pozostawały tendencje społeczne, choć Wasij widział już ten nowszy cmentarz komunalny i ów był raczej zadbany. W tej nekropolii problem był taki, że wszyscy krewni poumierali, znalazło się nowe miejsce... cokolwiek. To chyba nie wpłynęło na obyczajowość bo ludzie raczej nie dbali o to, co cudze tylko dlatego, że tak by było lepiej.
Albo to on traktował to pytanie nazbyt dosłownie, ujmując mu realnego znaczenia i zastępując je wynurzeniami, które kłębiły się w jego głowie od dłuższego czasu. Mrugnął, podrapał się po brodzie w lekkim zamyśleniu, robiąc chwilę pauzy przez którą w jego głowie wyświetliło się stanowczo więcej nierozwiązanych kwestii aniżeli jakichkolwiek odpowiedzi. Wreszcie, cokolwiek zakłopotany, poprawił dłońmi rękawy płaszcza.
- Raczej... - zaczął ale stracił wątek i pomysł na odpowiedź zaczynającą się od takiego słowa.
- Musiałbym to jeszcze zbadać - rzekł wreszcie dość dobitnym głosem aby uznać tę odpowiedź za ostateczną, choć nieszczególnie kreatywną czy konstruktywną. Powstrzymał się przy tym od w oczywisty sposób zdradzającego jego pozycję stwierdzenia "jestem jeszcze nieobyty", chociaż taki wniosek mógł się nasuwać. No, ale w tych krainach skąd ponoć jego rodzina pochodziła... były inne czasy. Inny postęp. Fakt, że nie odwiedził jeszcze tamtych stron nigdy w swoim życiu wcale nie był tak łatwy do odkrycia drogą dedukcji, jeszcze.

[o! jeśli tak to bardzo się cieszę :3]

Anonymous - 20 Luty 2012, 18:30

Na usłyszaną odpowiedź skinął jedynie głową, ukrywając leki żal, Miał jednak nadzieję, że uda mu się bezproblemowo dojść do prośby. Ale cóż... Nie udało się. Będzie więc musiał albo sobie darować, albo się odważyć, ukrywając niepewność i wstyd i zapytać.
Nastrój towarzyszący Wassianowi, budził w niższym od niego chłopakowi zdziwienie, czy może zwykłą ciekawość. W swoim życiu, unikając nawiązywania bliższych znajomości, nie często spotykał się z rozpogodzonymi osobnikami. Może po prostu bał się ich bardziej, niż tych, którzy chodzili poważni, przygnębieni lub źli? Bo jak nie patrzeć, łatwiej popaść w złość lub smutek niż być szczęśliwym. Szczególnie trudne było to dla albinosa, którego każda chwila życia wypełniona była niepokojem i ciągłą ostrożnością. Jak ktoś, kto nikomu nie ufa, miałby być szczęśliwy? No dobrze... Czasem udaje się osiągnąć szczęście w samotności. Oirivin dobrze o tym wiedział, gdyż największą radość sprawiało mu tańczenie. A robił to przecież sam. Wstyd przyznać, ale to wszelkie tańce towarzyskie, których uczyła go matka, sprawiały mu największą trudność. Bardzo je lubił, ale nie potrafił zgrać się z partnerką i jednocześnie dać się ponieść tańcowi. Ale być może to ukształtowało jego osobowość... lub może osobowość wpłynęła na ukształtowanie jego zdolności, życia.
On również się cieszył, że relacje między nimi obojga rozluźniły się, Doskonale zdawał sobie sprawę, iż to on wcześniej był przyczyną całego napięcia i aktualnego rozluźnienia. Domyślała się też, że ewentualne przyszłe problemy mogą być jego winą. Co tu dużo mówić... był problemową osobą. Wiedział to, ale nie potrafił sobie z samym sobą poradzić.
Odwrócił się bokiem do błękitnowłosego zadzierając głowę w stronę gwiazd ponad nimi. Jeszcze raz przypomniał sobie litery wypisane na nagrobku. Potem pomyślał znów o wskrzeszonych gwiazdach, wspominających swoje życie. Kim mogły być za niego?
Oddalił się o kilka metrów. Zatrzymał się tym razem przed drewnianym krzyżem. Grób na który rzucał cień, był kupką usypaną z ziemi. Nie porastała go trawa, a sam krzyż wydawał się również dość... świeży. Wyglądało na to, że mimo iż cmentarz już dawno przestał być używany jako miejsce pochówku, ktoś pofatygował się, by tu kogoś pogrzebać. Dlaczego? Czy był związany z tym miejscem? Czy może zrobił to, bo nie chciał, by grób został odnaleziony?
- Ja... Myślę, ze cmentarze nie zawsze będą mieć to samo znaczenie. Z teorii może i zawsze pozostaną tym samym, ale w praktyce... - jako zakończenie zdania wskazał brodą usypana z ziemi kupkę.

Anonymous - 22 Luty 2012, 21:58

Rozmówca zajął się niejako własnymi sprawami, układając je w swojej głowie z milczeniem. Wassian niejako przeszedł do tego samego co było naturalną konsekwencją chwili milczenia. No i, myślenia nie dało się przerwać. On jednak nie dochodził przez dobrą chwilę do żadnych odkrywczych wniosków, nie prowadził żadnych głębszych przemyśleń, jakoś tak jego umysł wyłączył się z trybu filozoficznego i przestawił na zwyczajne, tępe notowanie otoczenia. Oto więc, gdyby ktoś umiał czytać w myślach i przełamał jego blokadę umysłową (o której nawet nie miał pojęcia), usłyszałby ni mniej ni więcej aniżeli mętne słowa po rosyjsku a i może zobaczyłby cmentarz jego oczami gdyż właśnie młodzian go sobie obserwował, szukając punktów zaczepnych dla dość uważnego spojrzenia. Jedynym problemem z jakim tak naprawdę mógłby się w tym momencie zmagać był fakt, że chwilowo takowych było stanowczo... za wiele. Czy to chodziło o samego rozmówcę, któremu należało poświęcać uwagę w imię utrzymania konwersacji, czy też kolejne pomniki, których architektura, mniej lub bardziej wyszukana, zachowywała jednak powagę i pewną nietypowość choćby przez najróżniejsze sposoby wyniszczenia obiektów przez czas czy rośliny obficie porastające nekropolię. Także flora mogła stanowić intrygujący obiekt obserwacji. Ach, za wiele tego czasem było, niestety... W szczególności kiedy samo zaciekawienie jakby skacze między techniką, biologią a psychologią, kolejno biorąc pod lupę to mech czy zakrzewienia, to nagrobki, to nieznajomego. Tego ostatniego jednak najbardziej nieśmiało z powodu takiego, że nadmierne próby poznania kogoś w ciągu trzech zdań kończyły się na podsumowywaniu, błędnych wnioskach i ogólnie były niekulturalne. Tego zaś naprawdę chciał się wystrzegać nawet, jeżeli czasem bywało to trudne a myśl podrzucała naprawdę wiele uciążliwych sugestii. To mogłoby prowadzić do nieporozumień. Z pewną wstrzemięźliwością więc w dalszych przemyśleniach, po dłuższym dumaniu nad całą sprawą (kiedy ruski szum w głowie stał się już bardziej konkretny) młodzian doszedł do wniosku, ze miał do czynienia z kimś nietuzinkowym. I... to by było na tyle. Oczywista, mógł odczuwać proste emocje na temat samej rozmowy, cieszył się wciąż, że nawiązał kontakt, ocen jednak nie dokonywał szczególnie, dopóki rozmowa zachowywała wszelkie znamiona oficjalnej. Sam przy okazji zauważył, że nieznajomy był chyba nawet bardziej zadumany, na tyle, że bez słowa w pewnym momencie odstąpił na kilka kroków i ruszył w kierunku rzeczy nietypowej na opuszczonym nieczynnym cmentarzysku czyli świeżego grobu.
Wassiana naszła wtedy nieco cyniczna myśl, że w takich miejscach nie trzeba płacić za pochówek. Momentalnie wyrzucił to z głowy, próbując się skupić na samym fakcie. Nie dociekał jednak przyczyn a jedynie skutek - tak bardzo młoda mogiła a kwiatów brak. Podrapał się po głowie zamyślony i zerknął na rozmówcę, który to jako pierwszy zwrócił uwagę na obiekt. Potem doszedł do jakiegoś wniosku, podjął jakąś decyzję i zaczął się rozglądać wokół, szukając roślin o ładnych... liściach. Trochę przez mgłę usłyszał pytanie, w głowie wymieniając nazwy i próbując wysilić swoją wyobraźnię na tyle aby w jego głowie zajaśniał cokolwiek konkretny obraz.
- Hm... - mruknął więc na początku co miało imitować konkretne myślenie. Wreszcie jego spojrzenie nabrało jednak tej charakterystycznej ostrości, kiedy Wasij podszedł kilka kroków ku prowizorycznej mogile i przystanął przy niej, to jednak zaledwie na chwilę.
- Ach... nie jestem pewny. Cały ten cmentarz to pomniki osób które było stać na luksus własnego, godnego miejsca spoczynku - uśmiechnął się uprzejmie ale trochę smutno. Potem wyminął miejsce i zaczął zrywać dziki bluszcz zimozielony.
Potem znalazł bukszpan. Potem irgę i azalię, gdzie tę ostatnią przyjął z niemałym zdziwieniem, z każdego z krzewów jednak dość uważnie pozrywał gałązki, przewiązał lekko bluszczem i wyszedł mu wbrew pozorom bardzo estetyczny, choć kompletnie pozbawiony kwiatów bukiecik. Zaczął go oglądać już powoli zmierzając do nagrobka a kiedy przy nim przykucnął, ciągle coś poprawiał aby osiągnąć lepszy efekt. Przy okazji gdzieś po drodze mruknął do siebie coś niezrozumiałego, aż wreszcie skończył i ułożył bukiecik na grobie. Potem zgrabnym ruchem wyjął z kieszeni płaszcza chusteczkę o którą wytarł cokolwiek zabrudzone dłonie.
- Ale to chyba kwestia podejścia. Szacunku, wartości, czegoś co każe od czasu do czasu odwiedzić miejsca pamięci i poświęcić im trochę miejsca w umyśle. Prawdopodobnie, nigdy nad tym nie myślałem.

[przepraszam za przerwę. ._.]

Anonymous - 24 Luty 2012, 23:59

- Szacunek? – powtórzył chłopak i wydawało się, że zdziwił się jeszcze bardziej na to wszystko.
A więc istniało nadal takie coś? Tylko czemu większym szacunkiem darzy się zmarłych, aniżeli żywych? Za życia nie dajesz komuś czegoś takiego, ignorujesz go, myślisz w sposób nieodpowiedni… Ale kiedy ten ktoś umrze, wszystko się zmienia. Nagle zaczynasz wciąż o nim myśleć, wyprawiasz mu pogrzeb, odwiedzasz grób, przynosisz kwiaty. Chcesz powspominać, tak jak to robi każda istota związana z inną. I wtedy zdajesz sobie sprawę, że nie masz czego wspominać. Nagła pustka przeraża cię. Zastanawiasz się co wiesz o tej osobie. Zaczynasz szanować wszystko co z nią związane, na bok odkładasz urazy. To takie dziwne. Na co komu martwy? Czy nie lepszy żywy?
Brwi Oirivina znowu zbliżyły się do siebie, a usta lekko zacisnęły. Patrzył uważnie na to co robił błękitno włosy i zastanawiał się czy tak właśnie okazuje się szacunek. Z pewnością był to miły gest, ale Wassian przecież nie znał tego kogoś spoczywającego pod kupą ziemi. Chłopak w białym płaszczu, który jeszcze niewiele przeżył, a tym bardziej czyjąś śmierć, nie potrafił tego wszystkiego zrozumieć. Czuł, że potrzebuje odpowiedzi. Dlaczego rodzice nic mu nie mówili o śmierci? O szacunku? Był rozpieszczonym dzieckiem tak mało wiedzącym o życiu.
W czasie, kiedy arystokrata zajmował się zbieraniem roślinek do swojego bukieciku, Oirivin przemierzył wzrokiem okolice. Zatrzymał się na żelaznej ławce. Jak dla niego – dość dużej i wysokiej. Idealnie. Znów wykorzystując swoje umiejętności poruszania się z niebywałą szybkością podbiegł do ławki i usiadł na jej oparciu. Stamtąd począł dalej przyglądać się temu co robił Wasij.
- Po co to robisz? Dlatego, że gdybyś znał tego kogoś, to byś tak zrobił? – spytał głośno i wtem poczuł jak coś się w nim gotuje. Jakieś zniecierpliwienie. Nie potrafił powiedzieć z jakiej przyczyny ogarnęło go to nagłe uczucie, ale czuł iż musi coś zrobić – on, albo ktoś inny. Inaczej coś rozerwie go od wewnątrz. Zaciskając dłonie w pięści skulił się prawie zsuwając z oparcia ławki. Uczucie było tak paskudne, że każda sekunda wydawała się wiecznością. Nie miał pojęcia o co chodzi. Ogarnęło go jednocześnie nagłe przerażenie. Przypomniał sobie, iż czasem miewał coś podobnego, kiedy kradł, wiedząc, że bardzo ryzykuje. Wtedy każda chwila, w której musiał czekać wydawała się niemiłosiernie dłużyć. Ale nigdy to coś nie było tak mocne, by aż promieniowało niemal fizycznym bólem.

Anonymous - 28 Luty 2012, 02:14

Wasij nie do końca pojmował tego typu dysputy. Być może przyczyna tkwiła w fakcie, że on po prostu szedł swoją drogą i, jeśli czuł, że coś powinien zrobić (i nie widział w tym większych, negatywnych konsekwencji czających się na podejmującego działanie), po prostu to robił, bez dodatkowych, zbędnych jego zdaniem dywagacji. W gruncie rzeczy umysł miał cokolwiek prosty, to jednak sprawiało, że potrafił szybko podejmować decyzję a ta cecha, przynajmniej kiedyś, bardzo się liczyła przynajmniej w jego przypadku. On miał obowiązek się nie wahać. Na szczęście wtedy i jego świat był dość prosty aby z tym problemu nie było...
Wracając jednak do meritum sprawy - on zrobił co zrobił bo uważał, że to słuszne. Miejsca spoczynku należy szanować, starosłowiańska tradycja, nawet jeśli nie była koniecznie przez przodków realizowana w wypadku wszystkich, nakazywała szacunek dla zmarłych i zapewnienie spokoju odpoczynku, w przeciwnym bowiem razie, cóż, legendy o zwidach i marach mnożyły się jeszcze za jego czasów. A teoretycznie była to era postępu. Zadumany więc złożył kwiaty, przykucnął i potwierdził pytanie o szacunek krótkim, prostym i jednoznacznym:
- Tak.
Cóż więcej miałby powiedzieć? Objaśniać, tłumaczyć się z obyczajowości, zrzucić to na własny charakter? To w gruncie rzeczy było przecież nieważne, czyż nie? Przynajmniej dla rozmówcy nie musiało mieć głębszego znaczenia na trzy-cztery, gdzie rozmówca się wychował i czego to przynajmniej jego nauczyło. W szczególności, jeżeli patrzył przede wszystkim na ogół społeczeństwa, nie zaś pojedyncze jednostki które w gruncie rzeczy potrafiły być naprawdę niezależne. Przynajmniej czasami. Tu już Wassian by nigdy, ale to nigdy ostatecznego osądu nie dał.
Usłyszawszy kolejne pytanie wyprostował się, mrugnął i spojrzał na swojego rozmówcę z niejakim zdziwieniem. Nie do końca pojmował bowiem sens pytania i dało się to dostrzec w lekkim zagubieniu, widocznym w jego spojrzeniu dość porządnie. Lekko zmarszczył brwi w zadumaniu, delikatnie rozchylił usta i zawahał się, po czym zaczął z lekkim oporem:
- To...
Natychmiast jednak przerwał, widząc co z nieznajomym się działo.
Podszedł do niego od razu i przykucnął, przyglądając się tak jakby usiłował go obadać. No, on nie był specjalistą od pomagania w takich sytuacjach - nigdy nie szkolił się na lekarza, jego trening obejmował jedynie podstawy typu "jak po dostaniu kulki nie umrzeć przez następnych pięć minut" a to by raczej nie pomogło.
- Co ci jest? - zapytał więc szybko, w razie czego wyciągając rękę aby chłopak mógł się podeprzeć, gdyby zrobiło mu się jeszcze gorzej. Był przy tym gotów do złapania go gdyby sprawa nabrała tak negatywnego obrotu, że nagły przypadek by zemdlał. Przy okazji w myślach szukał rozwiązania aczkolwiek nie mógł znaleźć nic bardziej sensownego - jemu się takie wypadki nie zdarzały a osoby które znał a które na przykład miały problem podczas sesji ćwiczeniowej, budzono raczej kopniakiem lub knutem aniżeli czymś bardziej... łagodnym. Wasij miał dość pomyślunku aby nawet mu do głowy nie przyszło, że to jakieś rozwiązanie. W pewnym jednak momencie wpadł na to, że może sam poszkodowany wiedział co z nim nie tak, starając się więc patrzeć mu w oczy zaczął, wewnętrznie niezbyt pewny, ale na zewnątrz - z dość dużą stanowczością:
- Oddychaj głęboko. Wiesz co ci jest, potrzebujesz czegoś?
No dobrze... żeby być szczerym, to miało być znacznie, znacznie bardziej stanowcze niż wyszło. Nic jednak lepszego mu do głowy nie przychodziło poza prostym oddychaj głęboko i bardziej skomplikowanym "cholera jasna, co dalej" które mu brzęczało w głowie. W razie gdyby coś się stało, co miał zrobić, zabrać go do szpitala? Przecież on nie był człowiekiem, lekarze by mu nie pomogli. Jak wyglądała opieka medyczna w innych światach? Przecież by nie trafił. Co jeśli nieznajomy mu zemdleje, gorzej...? Szukał już w głowie rozwiązania odpowiednich problemów, kiedy większość z nich wylądowała w jednym miejscu, musiał sobie w myślach przyznać, że nie na wszystko był przygotowany z tą całą swoją, wymuszoną nieco samodzielnością. Co tu wiele nie mówić, musiał się jeszcze mnóstwo nauczyć o tym świecie. Ale! Chwilowo ważniejszy był... pacjent. Wzrok Wasija był więc cały czas skupiony na nim a młodzik, pomimo wewnętrznych dywagacji, gotów był błyskawicznie zareagować w jakikolwiek sposób - tyle przynajmniej potrafił...

Anonymous - 29 Luty 2012, 15:31

Szacunek. Oirivin poważnie zastanowił się nad tym słowem. Szacunek dla zmarłych. Było w tym coś, co przemawiało do niego. Pomyślał jeszcze przez chwilę i stwierdził, że jest w tym racja. Być może zmarłym należy się szacunek. Tylko dlaczego? Tu powracał do swoich poprzednich rozmyślań i żądał odpowiedzi. Bo co jeśli to wrażenie, które wywarło na nim słowo "szacunek", wiązało się jedynie ze strachem? A jeśli strach, to właściwie przed czym? Dalsze rozważanie przerwał mu nagły atak. Poczuł, że Wassij zbliżył się do niego. Był chyba zdezorientowany. Chciał mu pomóc. Tylko jak, jeśli chłopak sam nie wiedział dokładnie co się z nim działo. W dodatku, kiedy tamten zbliżył się... Wszystko się pogorszyło. Zadarł gwałtownie głowę, pozwalając, by tamten ujrzał jego nagle rozszalałe oczy. A w tym świetle i z tymi emocjami, mogły wyglądać naprawdę przerażająco. Czerwone tęczówki, zdające się drżeć w szeroko otwartych oczach, których białka poczerwieniały. Wbił wzrok twardo jak nigdy i teraz oboje patrzyli sobie w oczy.
- Nie wiem... - udało mu się wysapać, po czym posłusznie wziął głęboki wdech próbując się uspokoić. Z oparcia ławki już dawno się zsunął i teraz kucał na jej siedzeniu. Stan, który uległ pogorszeniu w momencie zbliżenia się żywej istoty, chłopak nagłą myślą porównał do głodu wampira. Łaknął czegoś, niczym krwiopijca krwi. Wypełniało go napięcie i zmęczenie, które trzeba oddać gwałtownym wybuchem. Przez jakiś czas wydawało się, iż powolne oddychanie pomaga, ale kiedy albinos postanowił to sprawdzić rozluźniając się, targnęło nim coś i rzuciło na arystokratę. Rzucił się na niego, tak, że obaj upadli na ziemię. Drobny, niezbyt silny Oirivin, można by rzec - zaatakował większego od siebie o jakieś 10 centymetrów i z pewnością silniejszego Wasija. Już nie miał żadnych przebłysków innych myśli, które przysłoniła tylko jedna - wyżyć się. Tak. To chyba było właśnie to. Pragnienie rozładowania. Tylko dlaczego wybuchnęło akurat w tym momencie? Wydawało się to całkowicie nielogiczne. A może.. A może to było jakieś pragnienie? Być może, szklany człowiek chciał sprowokować Wassiana do czegoś. Ale to wszystko było tak nie podobne do natury Oirivina! Zupełnie! Ale jednak stało się. - błękitnowłosy został zaatakowany i teraz padł ofiarą bezmyślnego szarpania i bicia gdzie popadnie.

Anonymous - 6 Marzec 2012, 20:27

Wassian jakoś nie był w stanie pojąć co się działo, jak zauważył im bardziej sytuacja brnęła do przodu, tym mniej z niej ogarniał aż wreszcie przyszedł taki moment, kiedy kompletnie mu umysł dał za wygraną. Ale do rzeczy, przedtem bowiem się nieco wydarzyło, jak i późniejszy okres nie był kompletnie jałowy gdyż rozmówca, cóż... w jakimś sensie stracił panowanie nad sobą, tymczasem Wasij miał problem z reakcją i to spory.
W myślach przez cały czas szukał odpowiedzi na kolejne, piętrzące się pytania. Na zewnątrz objawiło się jednak irytującą stagnacją, podczas której nie mógł nic zrobić bo, cóż, najwidoczniej jego wszechstronny trening na ochroniarza arystokratki nie obejmował czegoś tak trywialnego jak pierwsza pomoc. Wróć, takie coś nie istniało wtedy, szczególnie w ledwie wkraczającej w epokę modernizmu carskiej Rosji. Mógł więc tylko w ciszy obserwować nieznajomego, cały, bogaty zespół jego zachowań i reakcji, w swojej głowie tylko kalkulując co się kwalifikowało pod dalszą interwencję i co ewentualnie miałby robić dalej gdyby zrobiło się gorzej. Zastygł więc w tej ciszy, czekając i czując jak to coraz bardziej mknął czas, utrudniając w pewnym sensie nadążenie rozgorączkowanym myślom. Oświadczenie pacjenta, że nie miał pojęcia o co chodziło, było dziwne więc i tylko dało do zrozumienia, że ów nie do końca nad sobą panował. W pewnym sensie go uratowało też, gdyby brać pod uwagę dalsze wydarzenia i jak to Wassian był wytrenowany w zakresie reakcji.
Młodziana trenowano aby pozbywał się wrogiego elementu szybko i sprawnie. Ewolucja jego podejścia, swoisty antagonizm względem panujących wokół zasad i chęć stanowienia przeciwwagi względem z wiekiem pewnej coraz bardziej cynicznej, młodej arystokratki sprawiły, że unikał tego jak ognia, nie stało się jednak tak, że jego dłonie nie były nigdy splamione ludzką posoką. W tamtych czasach niewiele osób związanych ze szlachtą, jak się później dowiedział - tak zwaną białą Rosją, nie miał cudzego życia na sumieniu. Jemu się nie udało, tym niemniej starał się, choć... należy tu mierzyć się z faktem, że samoobrona stanowiła bardzo konkretny powód kiedy nie da się zrobić nic innego.
Ani chybi atak go zaskoczył. Sprawił jednocześnie, że jego ciało poruszyło się instynktownie, z nagle zwiększoną szybkością w stopniu naprawdę dużym, sprawiło to, że Wasij momentalnie wręcz znalazł się za rozmówcą, którego mocno chwycił za jeden nadgarstek, potem drugi, następnie oba wykręcił, odzyskując sprawność myślenia na tyle aby powstrzymać się od wysuwania szabli. To by się mogło źle skończyć. Pęd walki jednak sprawił, że obaj upadli na ziemię i dość nieszczęśliwie Wassian zleciał na potencjalnego przeciwnika tak, że omyłkowo go przygwoździł dość mocno ciałem do ziemi (ani chybi nie należał do najlżejszych, krzepa wymaga masy), przy okazji puszczając jedną ręką, co ledwie zauważył. Zaczął się wkrótce dość mozolnie gramolić, przy okazji jednak warknął coś pod nosem, wreszcie zaś mruknął dość poważnie:
- Ogarnij się, bo ci zrobię gorzej.
Przy tym w zdaniu raz się zaciął a i akcent wschodni był chyba jeszcze bardziej wyczuwalny aniżeli przedtem. Młodzian nie bawił się jednak w dywagacje na temat tego, że właśnie zgubił słowo i go szukał w myślach. вредить. Jak to było? Szlag. Nie pamiętał za Chiny i Hiroshimę ale był ważniejsze sprawy do omówienia. Jak to się bowiem wołało na takich, co to zmysły postradali? Czy nieznajomy do nich należał? Co to był za atak - może istoty z innego świata tak cierpiały w świecie ludzi a on był szczęściarzem bo się tu wychował? O co chodziło? Nie miał zielonego pojęcia co też mógłby o tym myśleć. Szlag, szlag, szlag. Powinien więcej się dowiedzieć o innych światach. Tylko... kogo spytać... nikogo nie znał. Był sam.

Anonymous - 9 Marzec 2012, 15:49

Czasem kiedy wstąpi coś w jakąś istotę, ta przestaje walczyć i ulega temu. W pewnym momencie zdaje sobie nawet sprawę, że mu się to podoba. Oirivin zawsze wyobrażał sobie taką sytuacje i stan w charakterystyczny dla niego sposób. Pewną wizją: Widział mężczyznę o ostrych rysach twarzy, wychudzonego, w czarnym fraku i kosmykami włosów opadającymi na oczy. Mężczyzna pod wpływem silnych emocji zabija kogoś, nie do końca świadomy tego co robi. Tracąc kontrole, chwyta nóż i wbija go w serce - przypuśćmy - żony. Kiedy orientuje się co zrobił wpierw ogarnia go przerażenie, które powinno przyjść każdemu, kto zrobił coś takiego... jednakże po chwili górę bierze inne uczucie - satysfakcja. Mężczyzna czuje jakiś czar, piękno i... wolność, kiedy widzi swoje zakrwawione dłonie. A ciało zabitej, z rozlewająca się kałużą krwi daje mu poczucie potęgi. Chłopak, całe życie skrępowany przez siebie samego, przez wychowanie i chore myśli, tak właśnie się poczuł, gdy nagły impuls pchnął go na Wassiana. Pod jego wpływem, któremu nie zdołał, a nawet nie chciał, się oprzeć, atakował tamtego, nie myśląc o tym, iż może za to zapłacić. Dobrze wiedział, że jest słabszy i w ogóle nie zdolny do obrony, ale to było nieistotne. Ta krótka chwila dała mu satysfakcję, o której wiedział, wyobrażając sobie mężczyznę zabijającego swoją żonę. Czuł się tak, jakby mógł w ten sposób rozładować wiecznie napięte emocje. To było cudowne. Jednak kiedy, Wasij zareagował na atak, oczy Oirivina znów przez moment stały się wielkimi spodkami od filiżanki, pełnymi przerażenia. Chwilę potem targnął jeszcze raz na błękitnowłosego, momentalnie znów tracąc kontrole i świadomość. Polecieli oboje na ziemię, a albinos będący kruchą osóbką, od razu poczuł tego skutki. Kiedy jego ciało zostało przygwożdżone przez to cięższe, jednocześnie coś twardego wbiło mu się w łopatkę. Poczuł jak na szklanym ciele pojawia się pękniecie. To i jeszcze ciężar na klatce piersiowej, uniemożliwiający swobodny oddech, sprawił, iż w oczach Oirivina pojawiły się łzy. I teraz patrzył, próbując je powstrzymać, na zaskoczoną twarz Wassiana z którego ust wypłynęły twarde słowa. Musiał, musiał być doświadczony w boju. Teraz tylko coś sprawiło, iż od razu nie obezwładnił Oirivina. A ten, nadal czuł ochotę uderzenia arystokraty.
Niech robi mu co chce! Był już przyzwyczajony do wrogości innych względem niego. I teraz to ich całe spotkanie wydawało mu się normalniejsze. Wcześniej, kiedy tak przyjaźnie - bo dla albinosa tak właśnie było - sobie rozmawiali, wszystko wydawało się być nienaturalne.

// Uhm.. Ten... Oirivin jest specyficzna osobą. //

Anonymous - 13 Marzec 2012, 22:10

Wasij, istota którą cechował hart ducha i prosty umysł, niefortunnie musiał w pewnym momencie się zgubić lub po prostu przestać wnikać w przyczyny (zakładając, że w ogóle zaczął) uznając za przyjęty z góry fakt, że należy po prostu dokonać odpowiedniej reakcji. Na tychże się zazwyczaj skupiał jego służalczy umysł, pozostawiając sferę skomplikowanych ciągów logicznych jednostkom bardziej światłym lub – jak on to nazywał – szukających dziury w całym. Taką niegdyś była dla niego Kasia, obecnie zaś, gdyby tylko mógł usłyszeć myśli nieznajomego, chcąc nie chcąc tak by go we własnej głowie nazwał. Tego typu dylematy, które przeżywał bowiem rozmówca, obecnie zaś swoisty przeciwnik, były bowiem tak nieważne i niepraktyczne, że trudno znaleźć dla nich sens poza tym niedoścignionym bo umysłowym. A tenże dla Wassiana – choć nigdy nie snuł przemyśleń dość niepotrzebnych aby do takich wniosków w ogóle dojść i je sformułować – powinien wynikać z innych jako rzecz zupełnie poboczna, pomagająca mózgowi się rozwijać na tyle aby rozwiązywać kolejne aktualne problemy. Ani mniej, ani więcej. Ważne, ale bynajmniej nie przyćmiewające rzeczywistości.
Ani chybi więc młodzian o wschodnim akcencie nie mógł dostrzec faktu, że jego nieszczególnie wymagający oponent po prostu stracił panowanie nad sobą i w pewnym sensie uległ jakiejś marze, kryjącej się w jego umyśle. Znał wprawdzie doskonale to uczucie kiedy wewnętrzny demon przejmuje nad tobą kontrolę, wymagało to jednak tak silnego impulsu, że ciężko byłoby połączyć ze sobą sytuacje normalnej rozmowy przy cmentarzu z... no właśnie. Aż trudno było o tym pomyśleć. W życiu by mu więc do tej biednej głowy nie przyszło, że robiąc prowizoryczny bukiecik dla nieznanego zmarłego mógłby ściągnąć na siebie jakikolwiek atak. Nie wnikał więc. Po prostu reagował, tak, jak go wytrenowano i...
Dźwięk pękającego szkła był cichy, ale i dość charakterystyczny aby jego specyficzna barwa zwróciła uwagę postaci której zmysły były aż nader wyczulone w momencie gdy to trzeba było zareagować na atak. Odgłos jednak nie był najwyraźniejszy a już na pewno nie należał do najgłośniejszych, na dodatek całe życie trwająca izolacja od innych światów sprawiła, że nie skojarzył faktów, nigdy bowiem nie znał postaci które byłyby zwane szklanymi ludźmi. Może kiedyś lunatyk opowiadał mu historię o takowych, przypuszczalnie jednak potraktował je jako dziecinną bajkę lub coś, co było ciekawe ale nie dotyczyło go na tyle aby fakt zapamiętał... jego światem była Rosja carska. Bądź co bądź nie zapamiętał tego stąd nie połączył jednego z drugim i błyskawicznie uznał ten dziwaczny dźwięk za wytwór jego wyobraźni lub cokolwiek innego w tym stylu co zbyt ważne nie było. Nieznajomy leżał plackiem na ziemi wiercąc się jak niecierpliwe dziecko, kiedy on zupełnie poważnie się zastanawiał co miałby zrobić dalej. Bo zasadniczo nie miał pojęcia. Przemówić mu do rozumu? Jak? Nie wiedział nawet gdzie tego cudzego rozumu szukać i jak mówić, jak miałby sobie wyobrazić docieranie tu do kogokolwiek? Najbardziej logiczną opcją wydawało się pozbawienie gościa przytomności i zostawienie gdzieś w jakimś miejscu, gdzie i nie zostałby przez ludzi zabrany na przykład do aresztu, i nie byłoby za zimno. Na przykład na dworcu kolejowym, tam by go wzięli za bezdomnego jak wielu innych a Wassian miałby z tym spokój. Ułożywszy sobie w myślach ten zmyślny plan działania, postanowił jednak spróbować jeszcze z przemową:
- Jak się nie uspokoisz to po prostu dostaniesz w łeb i stracisz przytomność bo nie wiem co z tobą zrobić.
Chociaż od pierwszego słowa i tak miał wrażenie, że mówił do ściany. Irytujące uczucie, naprawdę, na dodatek strasznie niepokojące bo im dłużej zwlekał tym więcej wad swojego projektu dostrzegał. Na przykład kłopot by się pojawił gdyby nagle leżący nieznajomy dostał ataku padaczki, to by było straszliwie kłopotliwe. Co jednak mógł poradzić? Był tylko skromnym sługą, niestworzonym do podejmowania decyzji których podłoża nie stanowiłby zupełnie zwyczajny umysł. Westchnął ciężko nad tym faktem. Skoro miał być samodzielny, powinien pozbyć się takich dylematów i zacząć działać instynktownie. To by oznaczało pozbawione wahania rąbnięcie takiego atakującego w łeb lub solidniejsze wykręcenie mu dłoni aby ów pożałował, że w ogóle mu atak przyszedł do głowy. Czy by podziałało? Pojęcia nie miał, ale przynajmniej byłby zdecydowany...

Anonymous - 17 Marzec 2012, 13:38

Chłopak kierował się w życiu pewną zasadą podziału. Dzielił stworzenia [ rozumne lub nie, ale tu mam na myśli te pierwsze ] na niebezpieczne i mniej niebezpieczne. W przypadku, gdy oceniało się kogoś jako tego pierwszego, najlepiej było jak najszybciej taką istotę opuścić. Nie poznawać jej zanadto i nie dać się poznać. Najlepiej uciec jak najszybciej, zerwać wszelki kontakt. Jeśli jednak trafiło się na kogoś "mniej niebezpiecznego", wszystko ulegało zmianie. Choć nigdy do końca... Owszem, Oirivin stawał się wtedy trochę śmielszy, nawet przyjazny. (Mimo, że jego ciało zawsze wyrażało niepewność, i w ogóle sam nigdy nie szczególnie się kwapił, by okazywać danej osobie, że nawet ją polubił. ) Potrafił wdać się w krótką znajomość, czasem - choć rzadko - zdradzał nawet swoje imię. Jednak tak działo się w wypadku, gdy ta druga osoba po prostu tego oczekiwała, a chłopak stwierdził, iż faktycznie może to zrobić. Bo był egoistą i uważał, ze na poznanie jego imienia trzeba zasłużyć. Ale czy z drugiej strony nie było to kolejnym sposobem, na zachowanie ostrożności? W ogóle najlepiej, nie zdradzać swojej godności nikomu, komu się nie ufa, bo przecież może zostać wykorzystane do różnych, niekoniecznie dobrych, dla właściciela, celów. Ale wracając do śmiałości... Pomijając tak oczywiste rzeczy jak większa otwartość, chęć poznania i "siła" do zrobienia jakiegokolwiek kroku w stronę poznanego, dochodziło coś jeszcze... Czy może czasem, wręcz się z tym wiązało. Chodziło o fakt, że Oirivin nigdy nikomu do końca nie ufał. Uważał, że jego rasa jest nietolerowana, wiec zachowywał dystans do każdej innej. Obawiał się ich. Więc gdy spotkał taką, która obalała znane mu uprzedzenia, musiał to sprawdzić. Poddać ją próbie, lub wykorzystać do własnego celu. i jeśli się nie spisywała. to uciekał szybko jak od "niebezpiecznej".
Czy mogło to mieć jakiś związek z niedawnym wydarzeniem?
szklany człowiek wiercąc się przygnieciony, myślał o tym wszystkim. I zdał sobie sprawę, że przegrał, a wiec tym bardziej powinien zniknąć. Bo wstydził się i bał.
Znieruchomiał w końcu słysząc słowa Wassiana. Nie spuszczał go wciąż z oczu.
- Dobrze... - wymruczał, jak dziecko, które zostało przyłapane na czymś nieodpowiednim i skarcone. - Przepraszam... Ja... - urwał, nie dokończył. Zamiast tego zacisnął usta i posłał tamtemu spojrzenie mówiące: No więc teraz mnie puść.
Trzeba było jakoś z tego wszystkiego wybrnąć, bo będzie jeszcze gorzej. Owe coś, co wstąpiło w albinosa, zniknęło gdzieś momentalnie i ten myślał teraz o tym, że nie może już się narażać. Że musi się uspokoić. Poza tym coś nadal wbijało mu się w łopatkę, a ciężar ciała Wassiana, był odczuwalny. A to wcale nie było przyjemne.
W dodatku co właściwie tamten mógł sobie teraz myśleć o Oirivinie? Że to psychopata, z którym należy coś zrobić? Czy, ze po prostu jak najszybciej trzeba dać sobie spokój z taką znajomością? A może: No tak, w końcu to szklany człowiek... Żałował, ze nie był w stanie odczytać dokładnie jego myśli.

-------
Jako, że nie odpisujesz od dłuuuugiego czasu, to pozwolę sobie na małe pokierowanie akcja. tak więc, pozwolisz, ze Wassian puścił Oirivina, potem jeszcze zamienili kilka słów po czym mój szklany człowiek opuścił cmentarz. Tak wiec.
[z/t]



Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group