To jest tylko wersja do druku, aby zobaczyć pełną wersję tematu, kliknij TUTAJ
Po drugiej stronie krzywego zwierciadła...

Retrospekcje - Spotkanie Mari i Kessaira nr 0

Kessler - 4 Grudzień 2016, 12:42

- A więc taaaak. - Daniel podrapał się po głowie. Bo tak długiej nieobecności w prowadzeniu dyskusji na temat tego, co dla niego ważne, potrzebował zacząć od czegoś, co byłoby mu bliskie, na jego gruncie. Dlatego w razie gdyby wystąpiła dłuższa nieobecność, a takie mogą się zdarzyć, szczególnie jeśli istota zatraci się w przyjemnościach bądź obowiązkach świata codziennego, niech żaden rozmówca nie zdziwi się, jeżeli Kessler zacznie wypowiadać się na temat rzeczy wielkich i majestatycznych, rozpoczynając od rzeczy drobniutkich, przyziemnych, związanych z nim samym. Tak też będzie tym razem.
Dlaczego w sumie ma to dziwić? Czy nigdy nikt wcześniej nie wracał do czegoś po dłuższej z jego punktu widzenia przerwie? Trudno zacząć coś po pewnym czasie, dopiero w połowie zapewne wracają stare nawyki i po całej pracy można dopiero napisać "O tak, wróciłem". Jak rozpoczęcie pracy samochodu na niższych biegach, żeby nabrać prędkości i rozpędzić sie na tyle, aby możliwym było wrzucenie wyższego. Tym razem zapewne nie będzie inaczej; Daniel rzadko dyskutował z nauczycielami, tym razem w sumie chciał to zrobić, miał już naprędce przygotować, dlaczego się nie zgadza, ale w słowo wszedł mu Mikhel, który właśnie wszedł do środka. W sumie Kessler mógł spodziewać się takiego biegu wypadków. Jego rok starszy kolega był przede wszystkim przedsiębiorczy i na pewno nie zginąłby, gdyby zostawiono go samemu sobie. A dodając do tego popularność wśród nauczycieli... eh, moi drodzy, nie wiecie, w co się pakujecie!
- No to załatwione, hm? - po tych słowach Daniel naprawdę poczuł się urażony, jakby o wszystkim zdecydowano za jego plecami. Dwóch panów, przedstawiciele obu stronnictw, zmuszeni, czy też zaprzęgnięci do współpracy. Taka wola wspaniałych nauczycieli, hm? Chyba naprawdę nie wiedzą, jak to się skończy.
Rozmowa trwała dosyć krótko, Daniel miał związane ręce i jedyne, co mógł zrobić, to niechętnie zgodzić się na przedstawioną "propozycję". Pff, ultimatum. Miał możliwość wykłócać się i ostatecznie postawić na swoim, ale wyszedłby z tego jakiś kryzys, wiedział bowiem, ze chyba omawiano to wyżej, niż tylko tutaj. By uspokoić atmosferę. Dlaczego oni do cholery tak bardzo zwracali uwagę na ten motłoch?
Zgodził się, ale nie chciał, aby potraktowano go jak człowieka, który się na wszystko zgadza. Pokazał swój opór przez to właśnie, że nie miał ochoty już dalej rozmawiać i potraktował rozmowę bardzo służbistycznie, gdy już wszystko, co od niego chciano, zostało zrealizowane, wyszedł szybkim krokiem z pokoju, szepcząc pod nosem, że zemści się kiedyś zarówno na nauczycielach, jak i Mikhelu. Każde zwycięstwo potrafią ułożyć tak, aby było klęską.
Wyszedł więc z pokoju i zezłoszczony i zamknięty w sobie pragnął udać się do Mari, powiedzieć, jakie to wszystko niesprawiedliwe i najlepiej w ogóle szybko opuścić tę cholerną Akademię. Musiał oczywiście jeszcze pójść na wyjątkowo krótkie zajęcia, gdzie nauczyciel wypuścił ich szybko po parudziesięciu minutach. Daniel zwykł do takich sytuacji, powodów dla skrócenia lekcji było tysiące. Tym razem jednak następstwa były inne. Wszystkie klasy skończyły wcześniej, no, poza tymi "indywidualnymi". Dłuższa przerwa, apel, czy cholera wie co. Daniel nie dopatrując się, dlaczego, ruszył do pokoju, w którym była Mari. Tłumki wymieszały się, tworząc grupy. W międzyczasie jednak Kessler zobaczył, jak Mikhel wchodzi do łazienki i stwierdził, że powinien się z nim rozmówić z tego, co zaszło. Wszedł więc i poczekał, aż szesnastolatek załatwi swoją sprawę. Po chwili Mikhel wyszedł do pomieszczenia, gdzie myje się ręce i ujrzał zagniewanego Kesslera.
- No bardzo ładnie sobie to ułożyliście, bardzo ładnie... - by nie czynić tematu długim, Marionetkarz po prostu dopytał się, co takiego Mikhel zrobił, żeby nauczyciele szczególnie zarekomendowali go Danielowi jako wicegospodarza. Kessler miał nawet, trochę gniewnie, trochę drwiąco, rzucić, że może chłopak dał tyłka doradcy naczelnika. Rozmowa nie skończyła się zbyt przyjemnie, Kessler miał wiele żalu do konkurenta, a teraz współpracownika. Już widział oczami duszy, jak ta współpraca będzie przebiegać. W czasie, kiedy byli w łazience, na korytarzach rozległo się dudnienie, jakby ktoś biegł, jakieś zamieszanie... ale Daniel nie miał siły, aby sprawdzić o co dokładnie chodziło. Po niekrótkiej rozmowie z Mikhelem wyszedł z łazienki i tym razem już skierował się do pokoju Knifesha, gdzie ćwiczy Mari. Zdziwić go mogło, że na korytarzu prawie nikogo nie ma, jakby wszyscy gdzieś poszli. Zignorował to. Gdy już skręcił w korytarz bezpośrednio i prosto prowadzący do nauczyciela walki nożem, ktoś podbiegł do niego i rzucił, że Daniel jest natychmiast proszony na 1. piętro, z powtórzeniem, że natychmiast. Daniel jednak odmachnął, rzucił w przelocie, że "zaaraaaaz!" i podszedł do drzwi, które stoją jeszcze na przeszkodzie do Dachowca. Nacisnął klamkę i otworzył oczy, oczekując w niepewności na to, co tym razem go zadziwi.
Wszedł więc i patrząc na ziemię rzucił głośne "dzień dobry", by w końcu postawić krok naprzód i ujrzeć Mari, nauczyciela... i tego cholernego kochasia. Znał go doskonale i nie miał o nim najlepszej opinii, Kessler często nazywał go "cholernym podrywaczem" i "maszyną", a wyjaśnienie tych określeń pozostawiał dla siebie. To, co ujrzał, trochę go zaniepokoiło, zobaczył bowiem dwóch Dachowców "walczących" ze sobą, o tak, on znał te ich walki. Walka to w sumie był taniec, a taniec to tanie wyjaśnienie dla flirtów. Nadchodziła jednak godzina, kiedy trzeba było się zbierać, więc Kessler postanowił zmobilizować do tego dziewczynę. Ujrzał jednak, że nie będzie to chyba takie łatwe, na jakie mogłoby wyglądać. Przy okazji poczuł pewne ukłucie... hmmm.
- Przepraszam, że się wtrącam - zaakcentował pierwsze słowo - ale tak za 30 minut byśmy wrócili, hm? Tak jak się umówiliśmy. No elegancko, Tigro, elegancko. - dorzucił i zarazem skomentował złośliwie. Zastanawiał się, czy wejść do środka i obserwować dalej, czy wyjść i poczekać na zewnątrz. Stwierdził jednak, że wyjdzie, przymykając drzwi. Gdy to robił, a Knifesh patrzył tylko na niego spode łba, ktoś za plecami Daniela odezwał się głośno.
- Nigdzie nie idziesz. Natychmiast szoruj na górę, "Panie Gospodarzu". Ciężka sprawa, lepiej złap oddech. - powiedział do niego ktoś, kogo Mari nie widziała. Inni mogli jednak znać tego człowieka, słysząc jego głos. Następnie dziewczyna mogła usłyszeć kroki, a potem przymknięcie drzwi. W zależności od tego, co zajdzie, Daniel czekał na końcu korytarza, zapatrzony w ścianę. Gdyby Mari podeszła do niego i dopytała, o co chodzi, ten odrzekłby, że został zmuszony do pozostania. Dodatkowo stwierdziłby, że jest zupełnie zdenerwowany, gdyż coś zaszło na górze, a chciałby już iść. A na pewno nie dadzą mu pójść. Dlatego w razie czego, jak powiedział, Mari wróci do domu bez niego, gdyż Kesslerowi nie pozwalają na to obowiązki. Marionetkarz zapytał dziewczynę, co o tym wszystkim sądzi. Gdyby chciała pójść z nim na górę, ujrzeliby wielki tłum, który zadawał różne pytania. Prześlizgując się między nimi doszliby do prowizorycznej barykadki, a raczej stołu postawionego tak, aby nie dało się przejść dalej. Ktoś, kto stał przy nim, odsunął go i dał parze przejść dalej. Skręcili w prawo i ujrzeli półotwarte drzwi, które wygladały, jakby były mocno uszkodzone. Weszli do środka i to, co ujrzeli, mogło ich serdecznie zdziwić. Widzieli powiem trzech nauczycieli, w tym : jednego pod ścianą, a dwóch nad czymś, rozmawiających na temat tego, co zaszło. Tym czymś była... Pequ. A raczej jej okrwawione ciało. Dopiero po chwili Dachowiec i Marionetkarz mogli ujrzeć, że wszędzie było sporo krwi. Jak mniemali, tej dziewczyny.
- No, panie gospodarzu, jesteś. Więc warto, abyś wiedział, że miało miejsce morderstwo... - powiedział nauczyciel poważnym głosem.
Daniel przestraszył się, gdy nagle ktoś z tyłu wszedł do środka, a był to chyba miejscowy lekarz. Rozkładał swoją walizkę na stole i przygotowywał się do obejrzenia zwłok.

Mari - 4 Grudzień 2016, 17:08

Marionette skupiała się na swoim przeciwniku i coraz bardziej denerwowało ją jego zachowanie. Nie wpływało to jednak na jej styl walki. Unikała wszystkich ruchów, które były atakami, sama też atakowała i nawet udawało jej się go trafić. Widać było, że nie bierze ją za poważnie. Ma ją raczej za kolejne piękne ciałko, które warto zdobyć, by podkreślić swoją męskość. Pewności siebie dodawało mu to, że Mari chętnie odpowiedziała na flirt. Zrobiła to jednak tylko dlatego, że widziała, że bardzo to rozprasza jej przeciwnika.
Nauczyciel początkowo tylko się przyglądał z lekkim uśmieszkiem, jak dwójka młodych Dachowców flirtuje ze sobą. Oboje byli dorośli więc nie przerywał im. W pewnym momencie było jednak widać, że nie podoba mu się zachowanie Tigro, który zaczynał sobie pozwalać na o wiele za dużo. Tu próbował Mari gdzieś złapać czy klepnąć i tu puszczał jej oczka czy wysyłał całuski. Już miał im przerwać gdy zrobił to kto inny. Do sali wszedł młody Kessler, który chciał tylko przypomnieć koleżance, że za niedługo muszą iść. Para przerwała ćwiczenia, by wysłuchać przybyłego, a Tigro objął Mari ramieniem, jakby chwaląc się Danielowi, jaką kicię udało mu się wyrwać i pokazując, że Mari należy do niego.
Nim jednak kotka zdążyła zareagować, Marionetkarz wyszedł z sali. Widziała, że coś go trapi i dopiero w ostatniej chwili zareagowała na dość obleśną próbę pocałowania jej przez zbyt pewnego siebie Dachowca. Gdy poczuła jego wilgotne usta na własnych, a wcześniej jego dłoń, którą skierował jej twarz w swoim kierunku, uderzyła go z łokcia w splot słoneczny i szybko oddaliła. Daniel mógł widzieć próbę pocałunku, jednak odpowiedź Mari pozostała dla niego tajemnicą, gdyż został on wciągnięty w rozmowę.
- Jeszcze raz spróbujesz mnie pocałować - zawarczała groźnie Mari, cała najeżona i z wyciągniętymi pazurami - a odgryzę Ci te słodkie usteczka tak, że żadna już na Ciebie nawet nie spojrzy - wyszczerzyła się w drapieżnym uśmiechu, pokazując swoje kocie, ostre uzębienie - więc lepiej uważaj kochasiu do kogo startujesz.
Odsunęła się od niego i zignorowała Dachowca już całkowicie, nie zważając na jego jęki bólu. Podeszła do nauczyciela i kłaniając się lekko, przeprosiła za swoje zachowanie i zapytała czy mogłaby już iść, gdyż trochę ją niepokoi zarówno zachowanie Kesslera jak i to co się dzieje za drzwiami. Knifesh skinął jej tylko głową, polecając by przyszła następnego dnia jak najwcześniej, po czym skupił swoją uwagę na drugim uczniu. Pewnie zastanawiają go jak mu dogadać. W jego oczach można było znaleźć jakby ognik zadowolenia. Czyżby nauczyciel chciał dać młodzianowi nauczkę?
Gdy Mari zwracała się do belfra, robiła to tak by mieć pewność, że Tigro ją usłyszy. Chciała mu tym pokazać, ze nie jest i nie będzie jego. Nie widząc żadnego sprzeciwu podziękowała, szybko się ubrała i schowała broń w pochwie po czym wyszła pospiesznie z sali.
Gdy tylko doszła do Daniela, wyczuła, że coś bardzo jest nie tak - co się dzieje? - zapytała zaniepokojona. Gotowa do działania. Słysząc, że coś się stało na wyższym piętrze, zamachała mocno ogonami - chyba lepiej, żebyś tam już szedł. Nie martw się, pójdę z Tobą - uśmiechnęła się, chcąc mu dodać otuchy.
Ruszyła za nim, a jej niepokój rósł z każdym krokiem. Tłum...barierka...to nie wróżyło za dobrze. Widziała tych scen o wiele za dużo przez ostatnie dwa lata i ... nie sądziła, że przyjdzie jej to zobaczyć w tak spokojnym miejscu.
Gdy weszli do sali wyczuła charakterystyczny zapach. Zapach krwi i śmierci. Nie musiała nawet za bardzo się rozglądać, żeby wiedzieć, że sala zmieniła swoje wcześniejsze ubarwienie. Słysząc o morderstwie, spojrzała od razu na chłopaka, który zrobił się blady. Widać, że chyba pierwszy raz widzi coś takiego. Po niej jednak nie można było zobaczyć paniki. Co najwyżej wielkie zirytowanie i gotowość do walki jeśli napastnik nadal tu jest. Uszy miała położone, brwi zmarszczone. Wszystkie jej pazury były dobrze widoczne. Instynktownie zaczęła się rozglądać po miejscu zbrodni. Widząc jednak jak chłopak wystraszył się, gdy wszedł jakiś lekarz, zbliżyła się do niego i chwyciła go za dłoń i ścisnęła ją mocno, chcąc mu pokazać, że nie jest sama, że ona go wspiera i w razie potrzeby pomoże. Daniel mógł wyczuć jej ostre pazury, jednak nie musiał się obawiać, że zrobi mu jakąkolwiek krzywdę.
Odsunęła go trochę, tak by nie przeszkadzali dorosłym. Po chwili jednak zmuszona była puścić jego dłoń, gdyż została poproszona o przejście na bok. Początkowo trochę się zaniepokoiła i nie wiedziała czemu tak jest. Jednak już po chwili rzuciły jej się w oczy drzwi oraz ślady pazurów na nich. Już wcześniej zwróciła uwagę, że dziewczyna została zamordowana jakimś nożem lub sztyletem.
- Poczekaj tu, zaraz wrócę i proszę nie wtrącaj się jeśli usłyszysz, że mnie podejrzewają - powiedziała łagodnie i pocałowała go delikatnie w policzek, nie przejmowała się innymi czy to zobaczą czy nie. Najważniejsze było aby Daniel się w końcu uspokoił - i proszę, pokaż im, że jesteś silny i że wybrali dobrego przewodniczącego. - uśmiechnęła się jeszcze i posłusznie odeszła za jakimś detektywem czy innym funkcjonariuszem.
Daniel mógł zobaczyć, że dziewczyna zachowuje się całkowicie spokojnie. Dała sobie przebadać łapy, pazury, jak daje porównać wielkość i rozstaw tych małych ostrzy ze śladami na drzwiach. Oddała im też posłusznie broń, która wywołała poruszenie, gdyż odkryli na niej ślady krwi. Oddali broń kobiecie z administracji, która miała powiedzieć czy ta krew należy do ofiary, a w międzyczasie przesłuchiwali Mari co robiła odkąd skończyła się długa przerwa. Dziewczyna spokojnie wszystko wyjaśniła, a gdy okazało się, że krew należy do innego ucznia wytłumaczyła, że właśnie idzie z treningu i możliwe, że w trakcie zmagań zraniła Tigro. W sumie sama miała jakieś pojedyncze ślady bo ostrzu Dachowca.
Gdy wszystko już spisali i oddali jej broń, dziewczyna oddaliła się posłusznie i wróciła do Daniela. Jeśli nie rozmawiał z nikim lub nie był czymś zajęty, stanęła w pobliżu i czekała na niego. W przeciwnym wypadku stanęła obok i jeśli chłopak chciał, znów chwyciła go za rękę i czekała na dalszy rozwój wydarzeń, mając nadzieję, że niedługo będą mogli wrócić już do domu.

Kessler - 7 Grudzień 2016, 17:17

Sam nie wiedział już powoli, co go bardziej trapiło. Zimne ukłucie szpili obok serca, gdy widział zachowanie tego całego Tigro, który pochopnie się wobec Mari zachowywał, niczym zdobywca traktujący dziewczynę jako przedmiot, a nie równą sobie osobę, czy fakt, że jeszcze chwila i prawdopodobnie wrócą do domu, w którym, prawdę mówiąc, nie wiadomo co się dzieje. Albo co lada chwila może się zdarzyć. Daniel mógł pozwolić sobie na złośliwe komentowanie, jaka ta młodzież teraz jest, przecież miał już piętnaście lat, godny wiek, by przejść na emeryturę. Dlatego też nie poskąpił pod nosem uwag na to, jaki to Tigro jest, że pomimo tylu lat nadal zachowuje się jak dziecko, że jest och tak bardzo nieodpowiedzialny i jak to traktuje damy, nawet jeśli toczy z nimi walkę. Jakaż ta młodzież dzisiaj jest zupełnie nieogarnięta i nieułożona! Zero szacunku, respektu dla zwyczajów i tradycji, ot, spełnić hucie, zachować się jak zwierzyna i nacieszyć się i pochwalić zdobyczą. I do tego wszystkiego te dachowce, których zwierzęca poniekąd natura ujawnia się w ich wyglądzie. Jak pan James, jak Mari, jak Tigro. Przy tym wszystkim Tigro to szalony dzikus, jak pokazuje jego tygrysowata natura, tak pan James jest wielkim człowiekiem, lecz okrutnie chciwym, przez co cierpi rodzina Kesslerów, tak Mari jeszcze wydaje się bardzo delikatną personą, co sobie Daniel bardzo cenił. Pierwsza istota z tego gatunku, która wydaje się w porządku, jak to mówią. Reszta była bardzo nijaka, neutralna, albo nie opłacało się z nią przebywać, gdyż nawet nie było o czym rozmawiać. Daniel w tym momencie w sumie stwierdził, że nie był istotą towarzyską czy otwartą. W tym wieku za dużo myślał o sobie, zamykając się na innych. Byli oni traktowani przez niego trochę jak takie... marionetki? Sam się do tego nie przyznawał, ale coś było na rzeczy.
W tym momencie wyszła do Daniela Mari, której już wszystko wyjaśnił. Bardzo uspokoiło go to, że nie szedł tam sam, tylko że miał kogoś, z kim by się tam wybrał. Plus i minus zarazem. Jeżeli to coś ważnego, to wolałby iść sam, gdyż czuł, że musi odgrywać rolę ostrego, zadufanego w sobie i poważanego gospodarza. Ale z Mari... wejdzie trochę w łagodniejsze tony, nie będzie się tak stresował, a zarazem może mu w czymś pomoże. Rozmyślając nad tym Daniel stwierdził, że jednak lepiej, że Dachowiec dotrzyma mu towarzystwa. Pomimo tego, że jeszcze niedawno widział dziwne rzeczy w pokoju, gdzie trenowała dziewczyna. Ale póki co nie miał zamiaru jej tego wypominać, czy o tym mówić. Może innym razem... Emocjonujące rzeczy, zastępowana jedna po drugiej, że trudno było myśleć o poprzednim wydarzeniu.
Gdy dotarli do miejsca Daniela naszedł wielki stres, nerwy, bladość na twarzy. Otrzymał wsparcie od Mari, co go podbudowało. Zdał sobie sprawę, że nie jest tu dla siebie, że nie jest przypadkowym anonimowym gościem, którego zadaniem jest się rozklejać. Stało się, co się stało, a on jako ważna persona w tej grupie reprezentował poniekąd uczniów, był takim studentem 1,5. Nie mógł sobie pozwolić na słabość. W takich momentach zwykle próbował nadrobić stres humorem i żartem, ale uznał, że jego pozycja ani nie jest na tyle silna, by to zrobić, ale też nie jest jakby w stanie rzucić zabawnym tekstem, gdyż byłoby to wysoce niemiłe i nieodpowiedzialne. Spojrzał to na Mari, to na nauczycieli. Następstwa, jakie zaszły, czyli miłe traktowanie przez Mari (a jakże miłe, no kto przyzna, że niemiłe?) jeszcze bardziej podbudowały Daniela i utwardziły go w przekonaniu, że musi być silny, twardy. Ujrzał, że chyba będą wymagali od Mari jakichś... rzeczy, które wszystko rozsądzą. To znaczy tak jakby podejrzewali ją, ale to zupełna głupota. Ale bla bla, i tak trzeba dokonać tych wszystkich rzeczy, zbadać ślady i tak dalej i tak dalej. Daniel zastanawiał się w sumie po co go tutaj wezwali, ale nietrudno było o odpowiedź. A raczej odpowiedzi, mnóstwo odpowiedzi, a każda z nich wydawała się właściwa.
- Spokojnie. Jesteś tym, no, gospodarzem. Więc warto, żebyś tu był i o czymś wiedział. Jeżeli ktoś przyszedł aż tutaj, to albo wszedł prostym krokiem z zewnątrz, zabił dziewczynę i jak gdyby nic sobie wyszedł, albo morderca jest wśród uczniów. A to znaczy jedno. - powiedział powoli i wyraźnie nauczyciel, który sprawiał wrażenie aroganta, ale zarazem czuć było wokół niego tę aurę, ten autorytet, któremu trudno było odmówić. Miał niekształtną rysę na policzku; jego oczy były... niepokojące. Ale wzbudzały coś, co można nazwać mieszanką strachu i chęci podporządkowania się mu. Nie sprawiał wrażenia podejrzanego, ot, w obliczu takiej a nie innej sytuacji znał jej konsekwencje i wiedział, że cała kadra, jak i szkoła od tej rzeczy może znaleźć się w niezłym g...nie. Dlatego co prędzej działał i starał się nie sprawiać wrażenia, że się tym denerwuje.
- ... że żaden uczeń nie zostanie wypuszczony do domu zanim nie zbada się pierwszych śladów, poszlak i nie przesłucha uczniów...? - zapytał strwożony Daniel, gdyż to mogło oznaczać tylko jedno. Ale z drugiej strony, przecież jeśli już sprawdzą taką Mari, to przecież ją wypuszczą, prawda? Czy kogoś innego. No mnie też mogą tu zbadać, na miejscu i dać przecież spokój. No bo po co miałbym być im potrzebny? Jeśli ktoś by uciekł, to przecież ich dopadnie, w ciągu dnia nie da się zniknąć ot tak. Przynajmniej Daniel tak nie potrafił. Co do Mari... różne rzeczy. Inny nauczyciel podszedł do tego, którego Kessler nazwał Arogantem. Ten o bardzo wielkim autorytecie. Nauczyciel powiedział coś Arogantowi na ucho, a ten przytaknął i podrapał się po brodzie, wpatrując się w okno. Po chwili nauczyciel oddalił się i wyszedł z pokoju.
- Tak, żaden z uczniów nie wyjdzie ze szkoły. A ty im to wytłumaczysz. I zostaniesz do końca, nie wiadomo przecież, kto jest sprawcą i jakie są ich motywy. Gospodarz-kapitan okrętu schodzi z niego jako ostatni. A Mari, Tigro i profesor Knifesh są zwolnieni z zarzutów i mogą iść, jeśli chcą. - powiedział wyraźnie, co spowodowało, że Daniela oblało zimnym potem. Podszedł do stołu i lekko się na nim oparł, jakby to było dla niego za dużo. Myślał szybko, co dalej zrobić, obarczony tymi stresującymi obowiązkami. Daniel spojrzał na Mari, która już wróciła i rzekł do niej po cichu.
- Słuchaj, oni mnie nie puszczą. Czy... pójdziesz sama do mego domu, sprawdzisz, czy wszystko jest w porządku? A jeśli on im coś zrobił, jeśli ich skrzywdził i potrzebują pomocy?! Pójdziesz tam? - chwycił Mari za ramię, spojrzał jej w oczy i wypowiedział powyższe słowa, jak gdyby prosił ją o uratowanie własnego życia. Odsunął całą sprawę z morderstwem na dalszy plan. Wszystko toczyło się wokół tego, aby ktoś poszedł do domu rodziców Kesslera i zobaczył, czy wszystko jest w porządku.

Mari - 7 Grudzień 2016, 22:56

Gdy ją przesłuchiwano, Mari zauważyła, że jeden z nauczycieli mówi coś Danielowi i... chyba mu się to nie spodobało. Miała nadzieję, że szybko skończą to ich przesłuchanie i będzie mogła dowiedzieć się co go trapi. Oczywiście poza morderstwem. Zerknęła na ciało bez emocji. Było przykryte płachtą wiec nie wiedziała dokładnie co jej się stało. Wiedziała tyle, że została zadźgana sztyletem lub nożem. W przeciwnym razie po co by sprawdzali jej broń? Mimo iż chciała to jak najszybciej skończyć, odpowiadała cierpliwie na wszystkie pytania. Zapomniała jednak zupełnie o dziwnym uczuciu, które ją zaniepokoiło w drodze do Administracji. Była wtedy mocno pobudzona i bardzo prawdopodobne, że jej się zdawało.
Gdy powiedzieli jej, że może już iść, podziękowała im grzecznie i szybko ruszyła w stronę Kesslera - co się stało? - zapytała z troską. Słysząc jego odpowiedź zmarszczyła brwi. Nie chciała go tak zostawiać, widziała jednak w jego oczach, że rodzina jest dla niego ważniejsza.
- Na pewno sobie poradzisz? - zapytała jeszcze z troską po czym przytuliła go mocno - pójdę, ale proszę uważaj na siebie i wracaj jak najszybciej - powiedziała mu na ucho. Pocałowała go w czoło i odsunęła. Spojrzała jeszcze niepewnie na nauczycieli i dodała - pokaż im, że się nie pomylili - uśmiechnęła się niepewnie i szybkim krokiem wyszła z sali. Praktycznie przepchnęła się przez tłum gapiów, całkowicie ignorując wszelkie pytania, dotyczące tego co się właściwie stało.
Przy wyjściu zatrzymali ją jacyś mundurowi, jednak jeden z nauczycieli, który akurat szedł do wyjścia by porozmawiać z przedstawicielami władz, powiedział, że dziewczyna została już przesłuchana i że może iść. Mari powiedziała, że ma nadzieję, że szybko rozwiążą sprawę i ruszyła w stronę domu Daniela. Nie zwracała uwagi na nic. Początkowo szła w miarę niespiesznie, by nie wzbudzać podejrzeń. Gdy jednak oddaliła się wystarczająco, ruszyła pędem przez park. Mimo iż nie chciała tam nigdy wracać, wiedziała że tędy prowadzi najkrótsza droga.
Była zmęczona treningiem i całą tą sytuacją, jednak adrenalina nadal krążyła po jej żyłach, dodając jej energii do działania. Nie mogła zawieść Daniela. Nie po tym co dla niej zrobił.
Gdy dotarła do domu, zatrzymała się przed drzwiami. Stała chwilę by uspokoić oddech i nasłuchiwała. Nie usłyszała jednak nic. Wzięła więc głęboki oddech po czym wypuściła powietrze z płuc. Jak najciszej potrafiła przekręciła gałkę i otworzyła drzwi. Nasłuchiwała chwilę czy ktoś jej nie zauważył po czym bezgłośnie wkroczyła do domu, jedną łapę trzymając na rękojeści sztyletu. Była w każdej chwili gotowa ruszyć do ataku lub się bronić.

Kessler - 12 Grudzień 2016, 20:20

- Proszę, załatwmy to jak najszybciej. Zdaje sobie... - zaczął mówić zrezygnowany Daniel parędziesiąt minut po tym, jak Mari opuściła szkołę. Siedział przy stole, cały czas w tym samym pokoju, w którym wszystko się dopełniło. Na miejscu był już zaufany lekarz, który zajmował się w wolnych chwilach nie tylko leczeniem ludzi, ale chyba też badaniem trupów i innymi ciekawymi zajęciami. Pequ leżała na jednym z wyższych stołów w sali i była badana przez ów lekarza, który wykonywał delikatne ruchy, jakże wymagane w takich sytuacjach. Przy stole, przy którym siedział Daniel, stał też Arogant i wpatrywał się w działania badającego. Gdy nauczyciel usłyszał słowa i wiedział, co pragnie powiedzieć dalej, wtrącił mu się w słowo i dokończył od siebie
- Zdajesz sobie sprawę, że takie działania, w takich wypadkach, wymagają maksymalnej dokładności i skrupulatności. Dlatego skończymy to, kiedy skończymy. - rzucił, siadając na stole i zakładając noga na nogę. Widać było, że panowie byli już zmęczeni całą sytuacją, czy raczej przewidywaniem, że cała sytuacja potrwa jeszcze wiele. Nie minęło przecież wiele, odkąd został przywołany, naprawdę niewiele czasu musiało minąć od wykrycia sprawy.
W międzyczasie ktoś wszedł do pokoju i stwierdził, że 1/5 uczniów została już wstępnie przesłuchana i poszła do domu, gdyż nie było możliwości, aby byli w okolicach zbrodni. Daniel podliczył sobie wstępnie, ile wyjdzie z tego czasu, jednak gdy liczby materializowały się w jego głowie, ten był jeszcze bardziej przejęty całym faktem. Porzucił myśli o tym i czekał tylko, aż to wszystko się rozwiąże. Przy okazji dostał polecenie, aby pójść do sekretariatu i przynieść kopię spisu nauczycieli i uczniów, aby wszystko było ładnie widoczne na papierze. Nie miał powodu, by protestować, dlatego ruszył prędko do pomieszczenia i zrobił to, o co go poproszono.
***
Gdy Mari weszła do mieszkania, mogłaby ujrzeć, że wszystko jest w jak najlepszym, dawnym, a zarazem niepokojącym porządku. Jedyne, co nie pasowało do sytuacji sprzed paru godzin, gdy stąd wychodzili. Cała atmosfera była bardzo... ciężka. Jakby ktoś do budynku wpuścił mgłę. O dziwo, czego Mari nie zauważyła na pierwszy rzut oka, było jakby... przyciemnienie się światła. Było ciemno, jak gdyby był wieczór. A mogła być godzina maksymalnie 15-16. Wszystko musiało dziać się w kuchni. W innych miejscach było w sumie zupełnie tak, jak kiedyś, zaś to w miejscu przygotowania posiłków działa się właściwa rzecz. Tam już wyglądało to zupełnie inaczej - przy ścianie stał ojciec Kesslera, lekko pochylony do przodu, trzymał się za brzucho, sprawiał wrażenie, jakby cierpiał. Obok niego zaś stała wysoka, ciemna postać, w ciemnym płaszczu, z wysokim kapeluszem na głowie, wpatrująca się w postać taty Daniela. Sprawiała wrażenie, jakby była zbudowana ze mgły, z ciemności. Gdy Mari skupiałaby wzrok na tej istocie, wówczas wydawało się jej, że przenosi się w zupełną ciemność. Istota zauważyłaby Mari, gdyby ta przechodziła obok kuchni albo do niej weszła, albo nawet ukrywała się za ścianą.
- A więc pozostaje mi się zbierać. Pamiętaj - zostały wam 3 dni. - uśmiechnął się, a raczej sprawiał takie wrażenie. W tej ciemności, w tej nicości widać było jego białe zęby świecące w mroku, który stworzył swoim byciem. Dachowiec poczuł atmosferę przygnębienia, mroku i siły, która dochodziła z tej obcej istoty.
- Ja już wychodzę, droga damo. - dodał jeszcze i zauważył, że ma do czynienia z Dachowcem, na co pokiwał z uznaniem głową i zaczął kierować się ku wyjściu. Samym sobą dał znać, żeby dziewczyna go przepuściła. Gdyby zaś to zrobiła, Postać rzuciłaby jeszcze komentarz, że "takie roboty są dla słabszych, mnie tu wysyłają?" czy coś w tym rodzaju i opuściłaby dom, a cała atmosfera minęłaby wraz z wizytą gościa. Również za oknem stałoby się jakoś... jaśniej.
Gdyby Mari chciała zapytać go ewentualnie o coś, postać z pewnością by odpowiedziała po krótkim czasie na przemyślenie. Gdyby zaś dziewczyna próbowała go fizycznie powstrzymać, czy zablokować drogę, ten poczułby się urażony i z pewnością zareagowałby agresywnie. Gdyby Mari chciała go zaatakować - musiałaby cofnąć się, gdyż poczułaby niewyobrażalne gorąco z jego strony. Gdyby zaś chciała uderzyć - sztylet przeniknąłby przez ciało Postaci, a sama Mari zostałaby poparzona w rękę, która zadała obrażenie, następnie zostałaby odepchnięta, a postać by zniknęła.
Tata po całej sytuacji (gdy Istota już by wyszła) zakasłałby głośno. Wziąłby głębokie oddechy i spojrzał otępiałym wzrokiem na Mari, która prawdopodobnie ocaliła go od dodatkowych atrakcji ze strony Istoty. Rzuciłby tylko krótkie "jesteś...", z pełnią nadziei w głosie.
Daniel Kessler zaś cały czas przebywał w szkole, zdenerwowany, co właśnie działo się w tym czasie w domu.

Mari - 13 Grudzień 2016, 00:18

Gdy Mari weszła do domu, od razu coś jej nie pasowało. Było...zbyt spokojnie. Weszła powoli i wyjęła sztylet pochwy. Szła bezszelestnie, nasłuchując uważnie, próbując zlokalizować gdzie kto jest. No bo ktoś musiał być. Nie zostawiliby domu pustego i do tego otwartego! Była gotowa w każdej chwili zaatakować lub też się obronić. Usłyszała jakieś głosy z kuchni. Nasłuchiwała chwilę i w momencie, gdy kreatura chciała wyjść, Mari ruszyła na nią. Ze zdziwieniem zauważyła, że sztylet i łapa przechodzą przez Istotę. Poczuła potworny, palący ból w łapię, ale szybko chwyciła broń w drugą rękę chcąc, znów zaatakować. Działała co prawda bezmyślnie, jednak miała już naprawdę dość, tego co się tego dnia działo. A widząc cierpienie w oczach gospodarza, tym bardziej się denerwowała. Nim jednak zdążyła cokolwiek zrobić, kreatura była przy niej - dziewczyno, tylko się tu zmarnujesz, broniąc tych... - nie dokończył zdania i zniknął. Mari poczuła jeszcze tylko jak wkłada jej coś do kieszeni spodni. Gdy tylko w domu zrobiło się jaśniej, kotka wybiegła przed niego i rozejrzała się. Wróciła i zamknęła za sobą drzwi. Obeszła cały budynek by sprawdzić czy nikt inny się tam nie kryje.
Gdy już się upewniła wróciła szybko do kuchni i podeszła do mężczyzny. Słysząc jego słowa uśmiechnęła się smutno - jestem jestem - powiedziała i pomogła Kesslerowi wstać - pomogę panu, chyba lepiej, żeby się pan położył - dodała i zaprowadziła go do salonu, gdzie pomogła mu się ułożyć na kanapie. Jeśli Marionetkarz chciałby coś powiedzieć, Mari tylko pokręciła głową - proszę na razie nic nie mówić - sama musiała się uspokoić. Wiedziała o tym. Zdenerwowanie nie pomagało w takich sytuacjach. Nie podobał jej się kaszel, oraz to, że mężczyzna trzyma się cały czas za brzuch. - proszę to pokazać - powiedziała tonem, który nie znosi sprzeciwu i jeśli trzeba było to siłą zmusiła Kesslera do tego by położyła ręce po bokach ciała. Nie miała zamiaru się cackać. Sprawnie rozcięła przód koszuli swoimi pazurami, uważając jednak by nie dotknąć ciała. Gdy odkryła już tors ojca Daniela, syknęła głośno. Widniały na nim poparzenia, które wyglądały na bardzo bolesne. Poza syknięciem nie pokazała jednak po sobie nic. Miała założoną lodowatą maskę. Nie było teraz czasu na żarty. Ruszyła do kuchni i wyjęła z szafki apteczkę. Przejrzała ją całą. Westchnęła cicho z ulgą widząc maść na poparzenia oraz opatrunki. Znalazła też tabletki przeciwbólowe. Nalała do szklanki wody i wróciła do salonu. Podała Marionetkarzowi leki i szklankę po czym przyjrzała się uważnie poparzeniom. Na szczęście nie było potrzeby by oczyszczać ją z kawałków materiału.
- Proszę się teraz nie ruszać, to może zaboleć - Mari nie była pielęgniarką. Widziała jednak wiele takich ran i wiedziała co należy zrobić. Sprawnie wtarła maść w poparzenia po czym zajęła się opatrunkami. Pomogła też zdjąć Kesslerowi całkiem koszulę.
Łapa ją bolała i to bardzo. Jednak nie pokazywała po sobie, że coś jest nie tak. Jednak jeśli tylko mężczyzna złapałby ją za lewą łapę lub chociaż dotknął, poczułby, że jest ona gorąca, a Mari skrzywiłaby się mocno z bólu.
W tym momencie było jednak najważniejsze to, by pomóc gospodarzowi i pilnować aby nikt więcej się do niego nie zbliżył.
Gdy mężczyzna poczuł się lepiej, spojrzała na niego z poważną miną - wiem, że nie należę do tej rodziny, w sumie to jestem dla państwa obca, ale może jednak wyjaśni mi pan o co tak właściwie poszło? - w jej oczach było wyraźnie widać, że nie godzi się z żadną odmową. Czekała na odpowiedź. Nie miała nastroju na użeranie się z obolałym mężczyzną. Musiała wiedzieć. - widziałam i słyszałam chyba i tak za dużo, żeby to przede mną ukrywać - dodała i usiadła na stole obok kanapy, zakładając nogę na nogę i krzyżując ręce na piersi. Skrzywiła się gdy dotknęła tej poparzonej ale nic więcej nie powiedziała, czekając na wyjaśnienia.

Kessler - 13 Grudzień 2016, 19:05

Kolejny. I kolejny, i kolejny, i kolejny. Nawet Daniel przez chwilę się załapał. Nic prawdopodobnie nowego czy świeżego nie wyszło, ale popytać ludzi trzeba o to i owo. Żaden uczeń nie powiedział nic ciekawego, nic, co mogłoby mocniej przykuć uwagę, wzbudzić wątpliwości, stwierdzić, że coś nie zgadzało się do końca z tym, co było mówione. Żmudna praca, próbować zdobyć coś z szarej masy podobnie zachowujących się nastolatków i trochę starszych, z czego nie można było im nic zarzucić. No ale to w ogólnym kształcie. Zdarzały się braki w pamięci, niekonkretne odpowiedzi, raz nawet okazało się, że pewna para zamknęła się przypadkiem w schowku i robiła różne rzeczy, ale nic nie wskazywałoby na to, że ktoś przebywałby w ogóle w okolicy tego pomieszczenia. Nie stało ono zresztą w jakimś bardzo okazałym miejscu - większość zajęć odbywała się na parterze, tutaj było ich niewiele, a już na pewno nie w tym pokoju. Pequ spotkała się z jakimś cichym wielbicielem, znajomym, miała się tutaj udać? Ciało już trochę leży. Chyba nie ma sensu dalej trzymać tych młokosów, trzeba wypytać rodziców, czy nie zaszło coś podejrzanego. Najbliższych znajomych, jej wierne "przyjaciółki". Każdy może coś wiedzieć na ten temat. Jeśli chodzi o szkołę - nic konkretnego się już nie dowiedzą. Nawet Daniela nie ominęło przesłuchanie, ale nic wyjątkowego nie mógł powiedzieć, ponieważ był wtedy z Mikhelem w łazience. Dlatego póki co śledztwo w szkole chwilowo zawieszono, a uczniów puszczono do domów. Kesslera jeszcze na chwilę wezwano do środka, dzieląc się ustaleniami, podając przykładowe rozwiązania sprawy i tego, do czego tam mogło dojść - bez konkretów niestety. Dlatego po wszystkich procedurach, by samemu nie sprawiać zupełnie osoby podejrzanej, opuścił w końcu szkołę, późno, bo późno, ale w końcu. Zestresowany wziął kilka głębszych oddechów i ruszył w kierunku domu, aby dowiedzieć się, co w ogóle zaszło. Miał szczerą nadzieję, że nikt nadmiernie tam nie ucierpiał...
***
W domu, już po odejściu Istoty, pan Kessler poczuł się znacznie lepiej, gdy zobaczył znajomą twarz. Trzymał się cały czas za klatkę piersiową, jakby dając do zrozumienia, że coś potężnie go tam boli. Był jednak silnym człowiekiem i nie pokazywał po sobie bólu. Był wielce wdzięczny dziewczynie, że chciała się nim zająć. Położył się i dał jej pracować.
Przytaknął zresztą, gdy usłyszał, że jest winny wyjaśnień dobrej koleżance swojego syna. Była częścią tego domu w pewnym sensie, nie należało chyba dalej się ukrywać... nie po tym, co zaszło. Usiadł więc, wstał, powoli, pokazując ruchem ręki i twarzy, że wszystko jest już w porządku. Poważnie spojrzał przed siebie, jakby przypominał sobie wydarzenia z przeszłości.
- Skrócę tę opowieść dotąd, aż nie będzie przedstawiała zbyt wielu wiadomości, z drugiej strony - aby była zrozumiała. Spora część informacji, które ukryję, dotyczą przeszłości rodziny. Sama rozumiesz, nie chcę narazić jej reputacji na szwank. Zatem... od czego by tu zacząć... - zastanowił się głęboko i podrapał się po brodzie, myśląc, które wydarzenia mógłby swobodnie pominąć - tak w skrócie... Nasza rodzina zadłużyła się u pewnego Dachowca, bankiera - mówiąc "dachowiec", słychać było wielką irytację i zdenerwowanie, a także nienawiść. - Gdyż byliśmy w wielkich kłopotach finansowych. Pomijając, że odsetki były ogromne, bo było temu bliżej do lichwy, niż uczciwej pożyczki i fakt, że połowa pieniędzy została w międzyczasie obrabowana, i to niby z naszej winy, to... po prostu doszło do sytuacji, gdy pan Dachowiec, szanowny sir James, żąda spłaty kredytu. I mamy na to 3 dni. Tyle, że nie mamy tych pieniędzy. Znaleźli nas, pomimo myśli, że udało nam się ukryć. Nic bardziej mylnego. Dzisiaj wysłali tego uroczego pana o takich... okrutnych zdolnościach. Kogo przyślą za 3 dni do egzekucji długu? Boje się pomyśleć. - powiedział, by po chwili podejść szybko do jakiegoś miejsca, o które mógłby się oprzeć. Spojrzał na Dachowca, a w jego oczach było coś na kształt pewnej dozy nienawiści, bezradności i poczucia, że sprawa jest bardzo fatalna i że od samego rana będzie trzeba podjąć jakieś kroki. Znowu ucieczka? Dlaczego nie? Kessler wyglądał na zdenerwowanego, jakby obmyślał sposób na to, jak uratować swoją rodzinę, swój dobytek... resztki tego, dla czego warto było żyć. Nie da się zdobyć wody z pustyni. Było naprawdę źle.

A w tym samym czasie młody Kessler szedł szybkim krokiem do domu; zajmowało mu to jednak dłużej, niż by chciał, gdyż po drodze napotykał uczniów, którzy mieli do niego mnóóóstwo pytań. W związku z Pequ, rzecz jasna. Dlatego nie zdążył dotrzeć jeszcze do domu, ale gdyby Mari poczekała kilkadziesiąt minut (Daniel musiał jeszcze zostać w szkole, akcja tam dzieje się troszkę bardziej do przodu niżw domu), to mogłaby go zapewne spotkać na drodze.

Mari - 13 Grudzień 2016, 20:35

Kotka uważnie obserwowała ruchy Kesslera. Patrzała na niego beznamiętnie, gotowa jednak była w każdej chwili zerwać się z miejsca i pomóc mężczyźnie. Słuchała go uważnie. Na uwagę o reputacji rodziny, przekręciła tylko oczami nie skomentowała tego jednak w żaden inny sposób. Wsłuchiwała się w jego słowa bez żadnych emocji. Gdy skończył milczała przez chwilę jakby zastanawiając się co teraz zrobić. W końcu odezwała się, nie spojrzała jednak na mężczyznę - po pierwsze radziłabym usiąść, bo szczerze nie chce mi się tłumaczyć czemu leżysz tu plackiem, nie mam na to po prostu siły, by nosić faceta po domu - spojrzała na niego groźnie. Koniec z grzecznością i mówieniem do niego per pan, nie miała do tego głowy - a jeśli tego nie zrobisz, to zmuszę Cię siłą i proszę mi wierzyć, że w obecnej kondycji mam znaczącą przewagę - mówiła tonem władczym, bez ani krzty zawahania. Była pewna tego co robi i nie zważała na konsekwencje.
Gdy tylko mężczyzna chciał zaprotestować, wstała i spojrzała na niego wyzywająco. Wysunęła groźnie pazury - przypominam, że ja znam, Twój największy słaby punkt - wskazała wtedy na opatrunek na torsie mężczyzny - a Ty nie wiesz, jak zaatakować by mnie od razu unieszkodliwić i zgrywanie twardziela nie zrobi na mnie najmniejszego wrażenia - patrzała mu prosto w oczy. Nawet nie mrugnęła - jeśli mi nie wierzysz drogi panie gospodarzu, to proszę próbować, gwarantuję jednak, że nie jesteś w tym momencie dla mnie żadnym przeciwnikiem - miała gdzieś czy Marionetkarz ją znienawidzi czy nie. Teraz najważniejsze było to, by usiadł i jej posłuchał. By dodać prawdy temu co mówi, chwyciła pewnie sztylet i pokazała nim na kanapę.
Mężczyzna wyraźnie wyczuł, że Kotka nie żartuje i posłał jej pełne nienawiści spojrzenie. Dziewczyna nie przejęła się tym. Gdy tylko usiadł, schowała broń stała jednak nadal i mu się przyglądała.
- Dobrze, to teraz dalej - mówiła cały czas spokojnym, beznamiętnym tonem - domyślam się, że planujesz znów uciec wraz z rodziną, cóż, jeśli taka Twoja wola to proszę bardzo - teatralnym gestem pokazała drzwi wejściowe - założę się jednak, że tym razem was będą obserwować. I to bardzo uważnie. Pozwolą wychodzić do pracy, szkoły, sklepu, na spacer, jednak jeśli zobaczą, że planujecie ucieczkę, to na pewno poinformują tego...jak mu tam...Jamesa? tak? - mężczyzna chyba nie przewidział tej opcji - a wtedy nie będzie już wysyłał takich milusich pupilków jak ten co tu dziś był, tylko od razu kogoś kto zrobi krzywdę nie tylko Tobie ale całej Twojej rodzinie. Nie macie więc jak uciec tym razem, ale jak chcesz ryzykować zdrowie, a może i życie swojej rodziny to nie będę Cię od tego odwodzić, wydajesz się jednak dość rozsądnym facetem.
Zamilkła by dać Kesslerowi przetrawić to co właśnie powiedziała. Była niemiła, arogancka, wiedziała o tym doskonale. Ale nie było teraz miejsca na użalanie się nad tym jak sobie chłopczyk nieradzi w życiu.
- Dodajmy do tego, że jesteś poważnie ranny - zaczęła znów swój wywód - i możesz mnie znienawidzić, co pewnie już zrobiłeś, patrząc na Twoją minę i zabronić mi nawet zbliżać się do Twojej rodziny, ale w obecnym stanie jesteś mniej przydatny niż mały kociak, który żyje na ulicy, w obecnym stanie, nie przeżyłbyś tam nawet dnia - może to co mówiła było bolesne, jednak sama wiedziała jak bardzo prawdziwe - może i nie wiem co to znaczy mieć prawdziwą rodzinę, wbrew temu co powiedział Daniel, jednak wiem jak to jest stracić kogoś bliskiego, być zmuszonym do ucieczki czy chcieć ratować tych, a którym nam zależy - popatrzała się w dal, zamyślając. Na chwilę zamilkła, pilnując jednak by mężczyzna nie wstawał z kanapy. Za każdym razem, gdy próbował się podnieść, patrzała na niego groźnie.
- Wiem, że teraz to już w ogóle mi nie ufasz, jednak chyba nie masz wyjścia - powiedziała w końcu - trzeba pomyśleć nad logicznym rozwiązaniem. A w obecnej sytuacji, ucieczka do takich nie należy. - widząc minę mężczyzny dodała - nie ruszę się z tego domu na krok, póki czegoś nie wymyślimy lub nie wróci ktoś z rodziny - powiedziała szybko - musisz więc troszkę jeszcze wytrzymać w moim towarzystwie, bo mam zamiar wam pomóc, w końcu jestem wam coś winna za gościnę i dach nad głową. Po wszystkim mogę zniknąć i już się wam nie pokazywać na oczy.
Mówiła całkowicie poważnie. Zaczęła przechadzać się po pomieszczeniu i myśleć nad rozwiązaniem. Łapa coraz bardziej jej przeszkadzała, więc zniknęła na chwilę w kuchni i oblała ją zimną wodą. Widać było, że bardzo jej dokucza, a przez futro, które pokrywało całą kończynę aż do łokcia, użycie maści było niemożliwe.
Jeśli Kessler coś potrzebował, przynosiła mu to bez słowa. Może i była teraz zimna i bez uczuć, jednak nadal chciała pomóc. Nie była już jednak tą milusią kicią, która poznał kilka dni temu. Była zimna i bezwzględna, gotowa zrobić wszystko aby powstrzymać go od głupich pomysłów i by pomóc im wybrnąć jakoś z tej sytuacji. Nie pokazywała po sobie zdenerwowania. Cały czas była skupiona i gotowa do działania. Co pewien czas wyglądała tylko przez okno, aby sprawdzić czy nikt podejrzany się tam nie kręci i czy czasem nie wracają pozostali członkowie rodziny. Zauważyła jednak, że Istota, która była wcześniej w domu, cały czas krąży wokół niego i za każdym razem, gdy Mari na niego spoglądała, ten nawiązywał z nią kontakt wzrokowy. Czyżby na nią czekał? Nie wyglądało jednak na to by przejmował się w tym momencie tym, że ktoś wejdzie lub wyjdzie z domu. To co miał robić to zrobił, teraz interesowała go tylko kotka.

Kessler - 15 Grudzień 2016, 01:17

Stary Kessler zupełnie nie poznał swojej "synowej" w tej oto nowej roli, którą zaczęła odgrywać. W sumie szczerze rozbawiło go zachowanie dziewczyny, bo wiedział, jak jest zdesperowana, aby postawić na swoim. Zdawał sobie sprawę, że każdy opór, nawet najmniejszy, jest pozbawiony jakiegokolwiek sensu i że należy po prostu posłuchać panią sytuacji i spełnić jej życzenie. W sumie nie było ono takie złe, gdyż stary Kessler sam czuł. Mógł oczywiście igrać z Dachowcem, gdyby był jakieś 10 lat młodszy, nie był właśnie subtelnie torturowany przez Istotę, a także gdyby regularniej ćwiczył, a nie tylko siedział nad papierzyskami. Taka zabawa byłaby całkiem rozluźniająca, gdyby nie również fakt, że akurat stary Kessler myślał tylko i wyłącznie nad tym, jak uratować swoją rodzinę przed łapskami sir Jamesa. W ogóle co za Dachowiec, co za tupet! Nachodzić go swoimi ludźmi w jego własnym domu, robić to na oczach synowej, a w dodatku przezywać się "sir James", jak jakaś maskotka albo okrągła prawdziwa kicia! Paskudne! Jak ja nienawidzę tej... no dobra. Mniejsza. Stary Kessler spojrzał z uwagą na Mari i ze słabnącą siłą zaczął kierować się do kanapy, na którą usiadł z głośnym "łup".
- No dobrze, dziewczyno - powiedział słabym, słabo słyszalnym głosem, który jednak dzięki otaczającej ciszy mógł być dobrze usłyszany przez dziewczynę. - Trebor Kessler już cię słucha, jest do twojej dyspozycji, mów, co myślisz. - powiedział trochę niepodobnym do siebie głosem, który wyrażał pewność i autorytet, pomimo jego znacznie gorszej sytuacji. Chciał posłuchać naprawdę, co dziewczyna miała do powiedzenia. Chociaż trudno nie powiedzieć, że teraz ujawniła swoje prawdziwe oblicze. Wtedy się ukrywała, czy to w wyniku wstydu, czy poczucia wdzięczności dla rodziny, która ją przygarnęła. Ale Trebor od dawna wiedział, że za tym wszystkim kryje się coś więcej. Podejrzewał, skąd to się wzięło. W sumie wiedział o tym. Nawet parę razy ich widywał, gdy szli. No właśnie. Nie za wiele razy. A sztylet, ton jej wypowiedzi i możliwość wykorzystania jego słabości wszystko mu ujawniła. Uśmiechnął się na jej złowieszczy wzrok i rozsiadł się wygodniej na kanapie, ale zarazem widać było, że ciągle czuł ból, że to wszystko nadal ma na niego wpływ. Poczuł jednak, że może rozmawiać na równi z Dachowcem, że ma w rozmowie godnego partnera.
Zaczęła mówić o możliwości ucieczki, którą oczywiście Trebor brał pod uwagę i miał wrażenie, że to jedyna możliwa droga. Uciec gdzieś bardzo, bardzo daleko, nawet tam, gdzie uczeni nie nanieśli jeszcze terytoriów na mapy... gdzieś, gdzie nie sięgają macki tego watażki, który trzyma za gardło sporą część regionu. Gdzie można by zacząć nowe życie, z dala od niepokojów, strachów. Tam gdzieś przecież też żyją ludzie, może trochę w inny sposób i na innych warunkach... ale przecież da się! Uciec. Gdzieś daleko... Ale dziewczyna miała rację. Nie można wiecznie uciekać, szczególnie, że skończy się to prawdopodobnym fiaskiem. Muszą nas obserwować, gdyby nie poszli do pracy z pewnością otoczyliby teren, puścili psy łowcze... Za pierwszym razem szkoda gadać, kto przyszedł, za drugim - on, a Treborowi zdawało się prawdziwie, że Tamta szajka na serio traktuje zasadę "Do trzech razy sztuka". Tak, nawet ten teatrzyk przedstawiony przez Mari, to wszystko miało sens i rzeczywiście dawało do zrozumienia, że nie ma sensu wyjść. Nie tędy droga do uratowania rodziny.
- Lecz w takim razie co? - powiedział Trebor Kessler już trochę głośniej, z większą siłą, niż przedtem. Naprawdę miał ochotę na to, aby usłyszeć, co takiego dziewczyna mu proponuje, jaką opcję dla przetrwania mu zapewni. Skoro już zdjęła maskę, to zapewne też ma jakąś receptę na przetrwanie...
Poczekał na dalszy jej wywód, na wytłumaczenie jej motywów, a także przedstawienie mu swoich racji. Wszystko brzmiało sensownie, właściwie nie miał powodów, by jej ufać, ale nie miał chyba nic lepszego do roboty. Nie było wyjścia, należało zawrzeć ten interesujący sojusz, dla przetrwania rodziny. Mari nie miała nic do stracenia, mogła przecież uciec, a pomimo to pozostała z rodziną. To interesujące, że istota z przeszłością, o której stary Kessler mógł się tylko domyślać, cały czas zachowała w swym słowniczku pojęcie honoru. To doprawdy godne pochwały.
- No więc co możemy zrobić? Nie zaatakujemy ich przecież. Moja kochana potrafi oczywiście walczyć, jak niemało kto, ja sam też niegdyś... uh - przerwał Trebor, gdy usłyszał naciśnięcie klamki drzwi.
Do domu wparował Daniel Kessler, jego syn, którego twarz wyrażała tylko jedno uczucie : zdenerwowanie i niezłą irytację. Z różnych powodów : że tak długo zeszło, że tak długo, że cała ta sytuacja, okropieństwo! Wszedł i nic nawet nie powiedział. Spojrzał to na ojca, to na dziewczynę. Nie wiedział, od czego zacząć, co zrobić, jak to wszystko wypowiedzieć. Jedyne, na co było go stać, to krótkie zdanie.
- Byli tu? - rzucił w eter. Widział jednak po ojcu, że musieli być. Podszedł do niego, ale nie rzucił mu się do nóg i nie pytał, co go boli, co się dzieje. Zdał sobie sprawę z powagi sytuacji. Nie potrafił nic wyrazić. Nawet nie spojrzał na dziewczynę stojącą tuż obok niego, spotkał się z nią tylko wzrokiem w formie przywitania. Oblał go zimny pot, milczał, a atmosfera zaczęła robić się grobowa.
- Co robimy? - powiedział krótko, ale w tak zestresowany sposób, że w sumie nie było dokładnie wiadomo, co tak właściwie powiedział.
W tym czasie jednak, gdy Mari chodziła w różne strony i zdawało się jej, jak widzi się ciągle z Istotą, ta nawiązała z nią coś więcej, niż tylko kontakt wzrokowy. Mari poczuła, jakby coś, jakiś gość wchodził jej do głowy, nie pytając o zgodę. Nie była to jednak fizyczna, czy stricte psychiczna obecność, tylko raczej pojawiająca się w głowie myśl. Myśl, która potrafiła się z Dachowcem komunikować.
- Dziewczyno, proszę cię, zlej tę godną pożałowania rodzinkę. Przez mojego pracodawcę byłem zmuszony obserwować cię i śledzić, dopiero jednak po tym incydencie sprzed minutek mogłem nawiązać z tobą większy kontakt. Natrudziłem się wiele, by do ciebie dotrzeć; to morderstwo w żałosnej Akademii Kretyństwa, odwiedziny... Interesujesz mnie. A mówiąc "mnie", ma na myśli "sir Jamesa". - zaczęła przekazywać myśli myśl. Nie była to napastliwa czy inwazyjna obecność. Raczej podszeptywała jej dźwięki, jak szum wiatru na łące, czy odgłos padania deszczu. Jak muzyka grana w oddali. Mari mogła poczuć się nawet w pewien sposób... miło. Wszystko jakby po to, aby wsłuchała się w myśl przedstawianą jej przez Istotę. Istota dała do zrozumienia, że za trzy dni, jeśli dług nie zostanie spłacony, to Kesslerów czeka coś więcej niż kolejne przypomnienie. I że dom, tak jakby, nie będzie już ich, tylko przejdzie na własność wierzyciela. A Mari będzie potrzebowała... gdzieś pójść. Po takim cieplutkim przebywaniu u rodziny Daniela tak nagle znowu zostanie na ulicy?

Mari - 18 Grudzień 2016, 22:45

Kotka widziała, że mężczyzna nie do końca bierze ją na poważnie. Nie opierał się tylko dlatego, że wiedział, że dziewczyna ma w tym momencie nad nim przewagę. Chodziła w kółko, zastanawiając się poważnie, co powinni zrobić. Ucieczka na pewno nie wchodziła w grę. To już zdołali sobie ustalić. Atak na Jamesa? Hmmm...to też nie był dobry pomysł. - w dwójkę chcecie pokonać kilku? może nawet kilkunastu osiłków, których pewnie James ma pod swoją kontrolą? - zapytała z kpiną w głosie - Daniel na pewno nie pomoże, widziałam jak o mało nie wypluł płuc, gdy zmusiłam go do przebiegnięcia kilkudziesięciu metrów. - chciała się zaśmiać, jednak w tym momencie do domu wparował młody Marionetkarz. Zerknęła tylko na niego i zaczęła dalej przechadzać się po domu. Całkowicie zignorowała to co Daniel do nich powiedział. Dreptała zamyślona, próbując wymyślić cokolwiek, co pomogłoby im jakoś wyjść z tej sytuacji. Z tego co zrozumiała to kwota była spora, więc nie wchodziło w grę to, by zdobyła dla nich pieniądze w sposób, w jaki to robiła w ciągu ostatnich dwóch lat.
Trudno jej się było skupić. Jakaś natrętna myśl nie dawała jej spokoju. W końcu jednak postanowiła ją wysłuchać. Zatrzymała się przy oknie i spoglądała w dal. Mogłoby się wydawać, ze po prostu się zamyśliła. Ona jednak słuchała słów istoty i wpatrywała się w nią.
Coś jej nie pasowało w tej wiadomości. Zmarszczyła brwi zaniepokojona. Ale jeśli to jedyna opcja? Spojrzała niepewnie na Kesslerów. Potrząsnęła głową i wróciła do przechadzania się. Tym razem nie myślała o tym jak ogólnie pomóc rodzinie. Zastanawiała się czy to dobry pomysł, aby iść z dziwną Istotą, która chwilę wcześniej torturowała gospodarza, a potem boleśnie poparzyła łapę kotki.
W końcu jednak ruszyła w stronę drzwi - Zajmij się ojcem i dopilnuj aby nie zrobił nic głupiego - powiedziała do Daniela nawet na niego nie patrząc. Mówiła zimnym głosem, pozbawionym jakichkolwiek emocji. Spojrzała jeszcze w oczy Trebora, dając mu do zrozumienia, że ma na myśli ucieczkę czy też jakikolwiek atak na Dachowca, któremu wisi pieniądze.
Po tych słowach wyszła z domu i ruszyła drogą przed siebie. Gdy tylko minęła teren Kesslerów, dołączyła do niej Istota i zaczęła prowadzić do swojego szefa, a kotka posłusznie podążała za nią, w głowie obmyślając jak przekonać Jamesa, by odpuścił Kesslerom albo przynajmniej dał im więcej czasu na spłatę długu. Zastanawiała się też co zrobi, jeśli zaproszenie okaże się pułapką. W końcu taka opcja też istniała. Nie odwróciła się jednak nawet. Szła po prostu przed siebie, pewnym krokiem.

Kessler - 21 Grudzień 2016, 23:49

Daniel i Trebor w sumie za dużo już nie mówili, raczej kąpali się w tej wielkiej ciszy, która opanowała ich dom od pewnego czasu. Młody spoglądał po ścianach, w sumie zupełnie nie wiedząc, co robić. Spojrzał to na kanapę, to na swojego ojca i Kota, jakby czekając, aż dadzą jakąś propozycję. No bo co miał zrobić? Nie znał świata, a teraz nóż zawisł nad ich rodziną. Cokolwiek by zrobił - byłoby to głupotą. Mogliby jedynie uciec. Ale nie było na to siły i czasu. Stał tak, oblany zimnym potem, przerażony, czuł niemiły dreszcz. Cały się zjeżył, nawet nie myśląc o tym, co może ich czekać. A co by było gdyby zobaczył to, co Mari? W tej chwili ojciec zawsze coś robił, kombinował... jakoś dawali radę. A teraz? Teraz sytuacja była zaiste tragiczna.
Siedzący ojciec z drugiej strony położył nogę na nogę i zaczął obgryzać paznokcie, główkując, coby tu można zrobić. Spojrzał na Mari i zobaczył w jej zachowaniu zmiany. Tak jakby jakaś myśl ją prześladowała, chodziła za nią. Coś nie dawało jej spokoju. A może stary Kessler powinien po prostu oddać swoje życie za życie rodziny? To on był zobowiązany; z drugiej strony wybił to sobie szybko z głowy, gdyż doskonale wiedział, że James tak to rozegra, że skończy się na tym, że cała rodzina zniknie z powierzchni ziemi.
- A może by tak jednak... - chciał rzucić kolejny z głupich zapewne pomysłów, gdy zobaczył, co mówi Mari i że właśnie wychodzi. Próbował wstać, ale nie dał tym razem rady, spojrzał w jej kierunku i na odchodne rzucił jej jeszcze :
- Nie musisz tego robić. Możesz stąd po prostu pójść. Nie płać ceny za obcych ludzi. - powiedział Trebor, a Daniel jakby próbował zaprotestować, ale został szybko uciszony przez swojego ojca. Kesslerowie byli w tym pomieszczeniu, głusi, cisi, ślepi. Byli jak małe dzieci, do których za 3 dni przyjdzie kat.
Mari szła ramie w ramię z Istotą, która tym razem przybrała bardziej materialną postać. Był to dosyć wysoki jegomość w jakieś nowoczesnej marynarce, z krawatem. Miał długie, czarne włosy. Naprawdę trudno było ocenić jego wiek, twarz była niewyraźna; cały czas pozostawało wrażenie, że gdy Mari spojrzałaby na Istotę, a tym bardziej na jego twarz, przestałaby widzieć zupełnie wszystko, ale odczucie mijało po paru sekundach. Taka swoista czarna dziura? Za plecami jegomościa, jakby z jego ducha, czy też ogona, wystawały wijące się, niematerialne macki o kolorze ognisto-czarnym. Nie wiadomo do końca, kim była ta istota, czy też jej umiejętności wskazywałyby na jej wielkie doświadczenie i moc, czy może należy do nieznanego nikomu gatunku. Trudno było to powiedzieć. Można by się nawet kłócić, czy to coś należało w pełni do tego świata.
- Wiesz, jesteś młoda, ale widziano cię na treningach. Pechowe miejsca, pechowy teren i okolica. Sir James wszystko widzi. Nie jesteś taka nowa, hm? Uwierz mi, marnujesz się w tej rodzinie. Masz gen drapieżnika, a zrobili z ciebie pokojóweczkę do sprzątania i gotowania. - zaczęła mówić istota trudnym do zidentyfikowania głosem. - Będziesz moim prezentem dla Sir Jamesa. Kocha istoty ze swojego gatunku. - zaczął mówić dalej. Sprawiał wrażenie martwej cegły jeśli chodzi o emocje, dlatego słowa to jedyna rzecz, przez których treść można było domyśleć się, czym rzeczywiście to coś było. Mari mogła wyczuć w miejscu, gdy mówił o "prezencie", jakby nacisk, że nie był to prezent typowo pochwalny, wasalny. To nie był tylko prezent. To był aż prezent. Coś więcej. A może miała mieć przydzielone większe zadanie, niż tylko pójście tam? Póki jej nie wyjawi, to się nie dowie.
Dotarli w końcu do pewnego budynku na skraju miasta. Mari mogła zdziwić się, że przechodzący obok ludzie w ogóle nie spojrzeli w jakiś inny sposób na Istotę. Tak jakby traktowali go jako integralną część miasta, albo... nie widzieli go? A może nie widzieli nadnaturalnych rzeczy? Natura Istoty mogła być interesująca, bo trudno tak naprawdę było powiedzieć, czym była. I jaką jej część widzieli inni, a jaką Mari.
Drzwi otworzyły się, a pokazał się w nich pewien Dachowiec, bardzo do kota podobny, a wręcz... był to kot humanoidalny! Ubrany był niczym typowy brytyjski lokaj, z okularem w oku. Ukłonił się Mari i Istocie, a następnie pokazał, by wejść do środka. W budynku panowała zatęchła atmosfera, było tu bardzo niemiło, w istocie - można się tu było poczuć, jakby stało się na doniczce zalanej zbyt dużą ilością wody. Jakby stęchlizna, jakby śmierdziało ziemią. Lokaj powiedział, że kiedy Mari będzie już gotowa, niechaj skieruje się naprzód, na wyższe piętro. Tam będzie już wiadomo, gdzie pójść.
Istota spojrzała na Mari, przynajmniej dziewczyna mogła mieć takie wrażenie, i z góry schyliła się lekko nad nią. Mogła usłyszeć wyraźnie tylko jedno słowo. Pierścień. Gdy Istota to rzekła, Mari usłyszała pukanie, które z pewnością zwróciło jej uwagę. Czy też chciało, aby jej uwaga była zwrócona.
- Heeej, ty do Mistrza? - powiedział jakiś głos, młodej dziewczyny, również Dachowca, która wyszła własnie z drzwi będących nieopodal. Powiedziała powyższą kwestię wtedy dopiero, kiedy ujrzała Mari. Dziewczyna była niższa od Mari, chociaż nie była młodsza. Wyglądała na bardzo wyluzowaną, może aż za bardzo. Nie wyglądała jednak na osobę, na którą warto było zwrócić większą uwagę.
- Nie męcz nowych. Wracaj do mnie. - usłyszała drugi głos, tym razem męski. Zdawał się jej bardzo podobny. Jakby... należący do Tigro? Albo przynajmniej coś w tym rodzaju.
Mari zauważyła, że Istota zniknęła bez śladu, zupełnie bezgłośnie, nie dając w ogóle o tym znać. Została sama w dziwnym domu, w którym śmierdziało. Wyglądało to na jakąś placówkę, na tymczasową bazę. Mari ujrzała przed sobą schody prowadzące na górę, o których Lokaj wspominał, żeby udała się tam "gdy już będzie gotowa". Zapewne tam też czeka na nią Sir James. Z drzwi niedaleko schodów słychać było męski głos, a także to stamtąd wyszła dziewczyna.
W zależności od tego, gdzie Mari pójdzie, co zrobi, z kim zacznie rozmowę, może też pójść do innych drzwi, gdzie coś na pewno będzie. Pokój, inni ludzie? Kto wie. Uznajmy, że poza drzwiami i schodami na górę, będzie też wyjście, a także drzwi A, B i C, w kolejności kolejno od strony wyjścia.

Mari - 24 Grudzień 2016, 12:02

Mari położyła płasko uszy słysząc słowa Trebora. Nie zareagowała na nie jednak w żaden inny sposób. Po prostu wyszła, zamykając dość gwałtownie za sobą drzwi, by w razie, gdyby Daniel chciał za nią ruszyć, jakoś go spowolnić. Słyszała za sobą jeszcze jakby stary Kessler chciał wstać, ale nie dał rady. Miała nadzieję, że jeśli do rana mu się nie poprawi to chociaż matka Daniela pomyśli i wyśle chłopaka po lekarza. Poparzenia wyglądały naprawdę paskudnie, a wiedza Mari jest zbyt mała, żeby zrobić coś więcej niż trochę uśmierzyć ból i opatrzyć rany.
Słuchała uważnie słów Istoty. Nic jednak nie mówiła. Ignorowała przewodnika. Gdy jednak doszedł do fragmentu o prezencie, ugryzła się w język. Nie jestem przedmiotem, który można dawać innym! Jestem wolną istotą! Cisnęło jej się na usta. Uznała jednak, że lepiej trzymać język za zębami, bo może wpaść w jeszcze większe kłopoty. Nie wiedziała też czy to nie jest pułapka. Szła więc w całkowitej ciszy, w ogóle nie reagując ca słowa tego kogoś obok siebie.
Zwróciła za to uwagę na to, że nikt nie patrzy na Istotę, która idzie obok niej. Jakby jej nie widzieli. Zaczęło ją to intrygować jednak jej rozmyślania szybko zostały przerwane przez lokaja, który otworzył im drzwi. Weszła do środka i zmarszczyła lekko nos. Zapach w środku nie należał do przyjemnych. Jak ktoś kto tak lubi kasę może siedzieć w takim paskudnym miejscu? Coraz bardziej nie lubiła tego Sir Jamesa. Słysząc słowa kociego lokaja, przeszedł ją dreszcz. Gotowa na co? Nie zapytała jednak na głos. Szła dalej, rozglądając się ukradkiem. Musiała zapamiętać drogę do wyjścia. W razie czego nie mogła sobie pozwolić na to, by błądzić po budynku.
Nie zrozumiała o co chodziło z tym całym "Pierścieniem". Co to miało na celu? Jej uwagę jednak odwróciło pukanie. Była zbyt czujna by nie zwrócić na nie uwagi. Spojrzała niepewnie na dziewczynę, która pojawiła się w jednych z drzwi. Coś jej w niej nie pasowało. Była zbyt rozluźniona. Czyżby coś brała? A może została do czegoś zmuszona lub jest pod wpływem mocy? Cichutko warknęła słysząc jej słowa. Warknięcie jednak nie powinno dość uszu nieznanej Dachowiec.
Mari spięła się mocno słysząc znajomy głos. Tigro? Ale co on tu robi? Nie...zaraz. Wzięła głęboki oddech Ten głos jest trochę niższy, jakby należał do kogoś starszego od tygrysa z zajęć. Brat? Ojciec Coś jej mówiło, że lepiej, żeby nie zaglądała do tego pokoju. Z resztą .... nie miała czasu na zajmowanie się swoimi przemyśleniami i problemami.
Istota zniknęła. Lwica rozejrzała się ale nigdzie nie znalazła śladu tajemniczego jegomościa. Wzięła jeszcze jeden głęboki oddech i ruszyła schodami na górę. Tam zauważyła wiele drzwi, ale zaraz na prosto, na koniec korytarza znajdowały się takie, które różniły się od innych. Były wielkie i dwuskrzydłowe. Kotka bez zbędnego namysłu, podeszła do nich i zapukała. Nie miała szacunku do Jamesa, jednak wolała uprzedzić, że idzie, niż potem tłumaczyć, że nie przyszła walczyć (choć jeśli będzie to konieczne to nie zawaha się ani na chwilę) tylko chce porozmawiać. Zaraz potem otworzyła drzwi i wkroczyła do pokaźnej sali. Weszła do sali z dumnie uniesioną głową i ogonami. Nie rozglądała się na boki. Uszy również dumnie sterczały w górę, może i była bezdomna i mieszkała u Kesslerów na chwilę, ale nie miała zamiaru pokazywać teraz, że ciężar tego ją przygniata i włada nią strach powrotu na ulicę. W tym momencie miała to gdzieś czy znów wyląduje w mieście czy nie. Teraz liczyła się pomoc rodzinie, która zaoferowała jej schronienie.

Kessler - 30 Grudzień 2016, 00:06

Mari udało się przejść swobodnie, nic wielkiego nie stało się na drodze do schodów, jak i na wyższe piętro. Dziewczyna, jak szybko się pojawiła, tak szybko zniknęła w pokoju, z którego nieopodal wyszła, a głos cały czas nawoływał ją, aby powróciła. Lokaj stał wpatrzony w Mari, co mogło sprawiać przerażające wrażenie. Oto wpatrywał się w nią, jakby czekając, aż ta sama zdecyduje, czy będzie gotowa. Chyba na to wyszło, że tak, jest gotowa i natychmiast chce iść na górę. Sprawiło to słudze niewymowną radość, ponieważ gdy Dachowiec usłyszał pierwsze skrzypnięcia schodów prowadzących na górę, zobaczył też, że lokaj opuszcza swoje stanowisko przy drzwiach, kierując się do nieokreślonego pokoju.
W międzyczasie, gdy dziewczyna wchodziła po schodach na górę, na dół schodził akurat inny jegomość, którego Mari imienia nie potrafiła sobie przypomnieć, wątpliwe też, by w ogóle je poznała, ale kojarzyła go z grupki Dachowców, z którymi rozmawiała w szkole. Ten nie zwrócił nawet na nią uwagi, czy też jej nie rozpoznał i zszedł w dół, prawdopodobnie wychodząc z budynku. Był nawet uśmiechnięty, a fakt, że schodził z góry mógł oczywiście wskazywać na to, że chyba interesy w tym budynku dobrze się mają.
Skrzypienie schodów było coraz bardziej wyraźne, tak jakby dziewczyna wchodziła na coraz wyższe tony. Gdy w końcu już weszła i stąpała po równie poziomej powierzchni, skrzypienie ustało. Jego jednak wysokie dźwięki jeszcze chwile przedtem mogły odgrywać swoistego herolda, który zapowiada przybycie gości. Toteż mogła być niejako podświadomie pewna, że na górze już wiedzą o jej obecności. Na tym piętrze zapach zgnilizny i mokrej ziemi z doniczki jakby ustał, zaczęło się robić nawet... potulnie, o ile można tak nazwać "świeży" jeszcze smród.
Dziewczyna otworzyła drzwi i spojrzała przed siebie, jakby szukając głównego punktu, na którym chce się skupić. Po drugiej stronie drzwi ujrzała najpierw wielką, gigantyczną wręcz postać kogoś, kto przypominał wysokiego gwardzistę; daleko mu było jednak do strojów gwardzistów książęcych, ten tutaj nosił się bardziej nowocześnie, a jedyne, co można było mu wyjątkowego przypisać ze strojów, to czarna, wręcz idealnie czarna kamizela, dzięki której widać było masę, jaką posiadał w tej okolicy. Jednym wyrażeniem - góra mięśni. Szybko jednak, jakby na odsiecz, czułe i miłe słowa pewnej osoby zza ochroniarza.
- No juuż, juuż, przepuść ją. Oto wyzwolicielka Marionetkarzy przybywa do naszych wrót! - wypowiedział głośno ktoś, kogo za chwilę Mari mogła ujrzeć w całej krasie. Gdy gwardzista już się odsunął, oczom dziewczyny mogła pokazać się siedząca postać kogoś, kto przypomina jakiegoś fabrykanta, który dopiero co otworzył fabrykę. Poza tym zdawał się być zupełnie normalnym człowiekiem. Miał założoną nogę na nogę, na kolanie trzymał puszystego mruczka, którego delikatnie głaskał po futrze. Ten zaś wyglądał na śpiącego i pomrukiwał od czasu do czasu pod noskiem, co jakiś moment leniwie otwierając oko i oglądając nowo przybyłą.
Z tyłu zaś ochroniarz odezwał się do dziewczyny.
- Mów, co chcesz i nie zajmuj czasu...! - rzekł niemiłym szorstkim głosem, na to zaś siedzący człowiek przypominający fabrykanta odrzekł do niego, żeby lepiej się przymknął, ponieważ rzadko mają tak zacnych gości. Pokazał ruchem dłoni do kobiety aby się do niego troszkę zbliżyła i pokazał jej również, aby zaczęła mówić o powodach swego przyjścia. Wiedział zapewne od Istoty, o co chodzi, ale chciałby pewno dowiedzieć się osobiście od Mari o jej zamiarach. O dziwo nie było tutaj źle czy okrutnie, raczej miło i sympatycznie.
Pokój był dobrze oświetlony, toteż widać było jego elementy. Za fotelem, na którym siedział fabrykant z kotem, znajdował się stół bilardowy, a także książki, akwarium, a także specyficzny wysoki stół, na którym znajdowała się masa kostek domino. Jeszcze można było tam zobaczyć nawet coś w rodzaju drobnego koła na małym podwyższeniu, na którym znajdowały się dziwne znaki. Trudno jednoznacznie określić, czym takim zajmował się w czasie wolnym gospodarz tego przybytku; zapewne nie narzekał na nudy. Widać było też ochroniarza, który przypominał minotaura, ale był zupełnie normalnym człowiekiem.

Mari - 30 Grudzień 2016, 17:33

Kotka szła spokojnie. Nie spieszyła się ale też nie ociągała zbytnio. Wolała nie wzbudzać jakiś podejrzeń. Już i tak była w trochę nieprzyjemnej sytuacji. Napotkanego Dachowca uraczyła tylko spojrzeniem. Wydawał jej się zbyt wesoły. Ten facet chyba serio miał coś niepokoleji w głowie jeśli chodzi o jego rasę.
Starała się iść cicho jednak mimo jej kocich łap, które zazwyczaj nie powodowały powstania nawet najmniejszego szmeru, schody coraz bardziej pod nią skrzypiały, co ją jednocześnie niepokoiło i irytowało. Gdy doszła na piętro rozejrzała się jeszcze. Weszła przez drzwi i ruszyła przed siebie. Skupiła wzrok na wielkim ochroniarzu. Cały czas trzymała pazury wyciągnięte, jednak nie sięgała po sztylet. Zdziwiła się nawet, że mimo iż ten cały sir James był taki wielki to czemu pozwolono jej wnieść broń? Czyżby uważali, że skoro też jest Dachowcem to nie będzie do tego zdolna?
Spoglądała groźnie na wielkoluda, a gdy ten się odsunął przeniosła wzrok na fabrykanta. Słysząc głos ochroniarza warknęła tylko - nie martw się, nie mam zamiaru zostać tu dłużej niż to konieczne - jednak nie spojrzała na niego. Nie odrywała wzroku od fabrykanta, a raczej od kota na jego kolanach.
- Czemu mówisz, że jestem jakimś zacnym gościem - zapytała mężczyznę. Mało ją to interesowało ale przynajmniej może dowie się więcej o swoim przeciwniku. Widząc jak daje jej znać do tego by wyjaśniła po co tu przyszła, poruszyła ogonami mocno - mam sprawę do sir Jamesa i tylko z nim mam zamiar rozmawiać, nie mówię, że bez świadków jednak odpowiem na pytania tylko zadane przez niego osobiście wiec niech się ujawni inaczej się stąd nie ruszę - powiedziała warczącym głosem. Była naprawdę zdenerwowana jednak poza głosem w ogóle nie było tego po niej widać. Po prostu stała z założonymi rękami, pazury miała mocno wysunięte we wszystkich łapach i odznaczały się czernią na śnieżnobiałym futrze. Ogony falowały mocno. Nie interesowało jej to, że okaże brak szacunku do mężczyzny, miała to gdzieś. Przyszło tu z zadaniem i nie było w tym miejsca na uprzejmości.
Jeśli Dachowiec się ujawnił, ukłoniła się delikatnie, jednak nie za głęboko. Na powitanie, a nie by pokazać, ze jest niżej niż on - przyszłam tu w sprawie długu Kesslerów, a z tego co się orientuje to pan jest ich wierzycielem - powiedziała wprost - dlatego mam zamiar rozmawiać o tym tylko z panem, bez pośredników - głos jej się uspokoił trochę. Była skupiona i pozbawiona emocji.
- Przyszłam prosić o to by wydłużył pan im czas do spłaty długu, gdyż wiem, że nie odpuści im go pan.
Stała dalej ze skrzyżowanymi łapami. Przestąpiła tylko z nogi na nogę. Widać było, że nie ustąpi, bo tez po co? Najwyżej zginie, a wtedy i tak jej będzie wszystko jedno.
- Przyszłam zamiast Trebora Kesslera, gdyż słyszałam o pana zamiłowaniu do własnej rasy i uznałam, że ze mną będzie pan bardziej skory do dyskusji niż z nimi.
Jeśli jednak Dachowiec nie pokazał się, Mari powiedziała tylko, że przyszła rozmawiać na temat długu i ma zamiar zrobić to tylko z wierzycielem, a nie jakimiś pośrednikami.

Kessler - 6 Styczeń 2017, 12:28

- Muszę powiedzieć tylko tyle, iż zwą mnie Sir James, a obecność tutaj tego tu ochroniarza, który jest moim najwierniejszym z wiernych, jest trudno naruszalna. Ale jeśli tak bardzo ci zależy, abyśmy porozmawiali w cztery oczy, to proszę bardzo. - powiedział spokojnym tak jak zawsze, lecz już bardziej srogim tonem do Mari, gdyż poczuł się chwilowo niezręcznie, gdy obca osoba, gość, która przychodzi do jego domu, przekracza jego progi i tylko ze względu na jego wolę zgadza się, aby dziewczyna w ogóle tu przybyła, teraz stawia warunki i zachowuje się jak by to ona była "wyżej" w hierarchii. On porządek bardzo lubił, a to mu go naruszało. Fabrykant pstryknął palcem i pokazał ruchem brody, aby ochroniarz opuścił pomieszczenie. Ten niechętnie, acz posłusznie wyszedł za drzwi, obrzucając niemiłym i ciężkim wzrokiem dziewczynę, która doprowadziła do tego, by wielki człowiek taki jak on musiał opuścić swego pana. W sumie w pokoju pozostali tylko : ona, fabrykant i kot, który leniwym wzrokiem, przebudzony troszkę, wlepił wzrok w ślipia dziewczyny. Trzeba przyznać, że był bardzo zafascynowany tym, że ktoś mówi bardziej do niego, niż do samego fabrykanta, który zdawał się być jego właścicielem.
- Sprawiasz wrażenie mądrej. Przychodzisz tutaj, na moje de facto zaproszenie i stajesz w obronie rodzinki Kesslerów. Chcesz wydłużenia długu. To bardzo interesujące, zważywszy na to, że cieszę się taką, a nie inną reputacją, oraz że tak a nie inaczej egzekwuje to, gdy ktoś zapomina zapłacić. Ale widzę, że ty nie baczysz na reputacje ani pozycję. To zarazem wyrzuca cię z gry, ale też stawia niejako obok niej, czy ponad nią, jak woleliby niektórzy. Nie powiem, że jest to godne pochwały, ale zapewne intrygujące. Spore ryzyko, muszę powiedzieć. - zaczął się ponownie odzywać ów fabrykant, który wolną ręką sięgnął po znajdującą się obok niego szklankę z pewnym płynem, ciemnym, przypominającym whiskey. Wziął ją, spoglądając na jej zawartość, upił troszkę i odłożył, głośno po tym mlaskając i wydając dźwięk zadowolenia. Głowę lekko odchylił do tyłu, ale cały czas miał na oku Mari. Teraz sprawiał wrażenie, jakby próbował myśleć nad sytuacją, przeanalizować ją. Ciężką miał zagwozdkę w tej chwili. Z jednej strony czuł pewną dozę sympatii dla dziewczyny znajdującej się przed nią, a z drugiej nie mógł sobie pozwolić na słabość, gdyż co do wielkich istnieje taka zasada, że ciężko utrzymać coś w tajemnicy, a życzliwi szczególnie są zainteresowani w tym, by machlojki wielkich tego półświatka nie były skryte, lecz na ustach większości gości karczm i szynków w mieście.
Gdy wolna ręka sięgała po whiskey, a potem je odstawiała, na wskazującym palcu można było ujrzeć piękny pierścień z czerwonym, wciągającym wzrok rubinem, który jakby pulsował. Mogło to wzbudzić podejrzenie dziewczyny, czy też jej uwagę, ale w obecnej sytuacji niezbyt wiele mogła z tym zrobić.
Fabrykant zaczął stukać palcami po swoim kolanie, a gdy już się wystarczająco namyślił, głośno wydmuchał powietrze i zaczął ponownie miziać kota siedzącego na jego nogach.
- Zabijałaś kiedyś? - uśmiechnął się, tak jakby pytał o jakiś wielki sekret, czy o doświadczenie młodszego kompana, samemu będąc w tym weteranem. Wygląda na to, że ów wódz pomyślał sobie, że może w ramach przeniesienia długu rękami Mari załatwi pewien problem, tak nurtujący wielkiego człowieka. - Otóż jednym ze sposobów rozwiązania tego konfliktu jest uciszenie dwóch istot, które od dawien dawna mnie irytują i denerwują. - zaczął mówić powoli, lecz pewnie - Jeżeli uciszysz oboje, to będziemy kwita. Dług Kesslerów będzie przedłużony o rok, bez naliczenia odsetek oczywiście. Aż takim draniem nie jestem. Jeśli nie, to sama wymyślisz powód, dla którego miałbym to zrobić. Jesteś okrutną panią, zapewne do kuchni się nie nadajesz, o nie. Nadajesz się do większych, znacznie wspanialszych celów. Jesteś bronią, niewinną, ale z pazurkami, które potrafią wyrządzić wiele szkód, kiedy pokierują nimi odpowiednia wola i chęć. - powiedział, a w tym czasie piękno wspomnianego wcześniej rubinu było tak oszałamiające, że wciągnęło wzrok Mari na amen. Kiedy ocknęła się, zdała sobie sprawę, że stoi przed fotelem istota zaprawdę dziwna, trudna do określenia. Wyglądało to tak, jakby fabrykant był młodszy o jakieś kilkadziesiąt lat, miał wiele więcej cech kocich, takich, które cechują dachowców, a które były imponujące. Przypominał może połączenie człowieka i tygrysa bengalskiego ze Świata Ludzi. Wyglądało to imponująco, bo chociaż nie był aż tak wysoki, czy umięśniony, to czuć było w nim wielkie pokłady energii. Jego kot zaś gdzieś zniknął.
- To jak, jesteśmy kwita? - powiedział, podchodząc do okna i wyglądając za nie. Poczuł chyba, że może chodzić w swojej prawdziwej postaci i postanowił wykonać chociaż kilka kroków w tej formie, co pozwoliło mu poczuć się znacznie lepiej, a co Mari mogła ujrzeć na jego twarzy. Gdyby odmówiła, spojrzałby na nią z politowaniem i czekał na jej propozycję dotyczącą rozwiązania konfliktu, gdyby zaś zgodziła się na jego sugestię, zacząłby się rozciągać i z udawanym, sztucznym uśmiechem spojrzałby na nią i patrząc w jej oczy zaczął mówić dalej, tyle, na ile mógł sobie pozwolić.
- Pierwszy, Salem. W trakcie... zakupów miał mi przekazać działkę pewnej substancji. Dostał zapłatę, lecz od pewnego czasu zaszył się gdzieś i nie daje znać. Pewnie wszystko przećpał, idiota. Nasi ludzie są już zajęci, a sprawa nie jest też nagląca, za to ty mogłabyś w moim imieniu dać znać, że ze mną się nie zadziera i że nikt się nie ukryje. Masz to doświadczenie, hm? Zresztą nie jest to istota wybitna, jej życie już dawno nie miało dla nas znaczenia. Ale ktoś wstawił się za niego, aby dać mu tę jedyną szansę. Ostatnią. Ale jak widzisz - nie skorzystał. Dlatego będziesz mym aniołem śmierci - powiedział spokojnym tonem o osobie, którą przyjdzie Mari zamordować, chociaż jak się zapewne niedługo okaże, Mari nie będzie miała zbyt wiele do zrobienia w tej kwestii, gdyż ten gryzie już piach od pewnego momentu. Zastanawiać tylko mogło to, że pomimo prawdopodobnego znalezienia w parku ciała, nagłośnienia sprawy przez służby miasta, jak i wszystkich tych działań mających miejsce po śmierci Salema, Sir James, jak i cała jego organizacja nie miała o tym zielonego pojęcia. Sir James pokiwał głową i przeszedł od jednego okna do drugiego. Spoglądał to na Mari, to na whiskey, to wyglądał przez okno
- Drugi cel to istota jakże powabna dla mężczyzn, co zdradliwa. Nie ma rodziny. Już nie ma. Jako że ktoś od nas obserwuje sytuację w Akademii, to wiem, że znasz się tam... w tym ichniejszym środowisku. Amalia, siostra tej... jak oni ją tam zwali? Pequ. Prostytutka, ale bardziej niż to - podróbka zabójczyni o specyficznych manierach. Miała zabić pewnego chłopaka, ale przez swoje głupstwa i podchody zakochała się w nim, a teraz próbują uciec z miasta. Chcieli wziąć ze sobą Pequ, nie chciała, a teraz niestety tak wyszło, że i jej się zmarło. To trudne, że teraz nic ich tu nie trzyma. Nawet grożenie śmiercią siostry nie poskutkowało stawieniem się tutaj Amalii. Teraz zadanie zlikwidowania jej przypadnie tobie.
Gdy tak mówił, poczuł się już znużony mówieniem i miał nadzieję, że nie będzie musiał już wiele mówić. Zastanawiał się, czy dziewczyna przyjmie jego propozycję, czy zaproponuje swoją wersję tego, jak dług zostanie spłacony. Mari miała nieszczęście spotkać kulminacyjną liczbę potężnych istot, lecz czegóż mogła się spodziewać bo przywódcach szajki panującej nad tym miastem, jak nie nad ich większą ilością. Crem de la crem z grup przestępczych. Dziewczyna stanęła teraz ponownie przed trudnym, ciężkim dla niej wyborem. Życie za życie, tak w sumie.



Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group