• Nie minęło zbyt wiele czasu od rozpoczęcia działalności AKSO, a po całej Otchłani rozniosła się wieść o tajemniczej mgle, w której znikają statki. Czytaj więcej...
  • Wstrząsy naruszyły spokój Morza Łez!
    Odczuwalne są na całym jego obszarze, a także na Herbacianych Łąkach i w Malinowym Lesie.
  • Karciana Szajka została przejęta. Nowa władza obiecuje wielkie zmiany i całkowitą reorganizację ugrupowania. Pilnie poszukiwani są nowi członkowie. Czytaj więcej...
  • Spectrofobia pilnie potrzebuje rąk do pracy! Możecie nam pomóc zgłaszając się na Mistrzów Gry oraz Moderatorów.
Trwające:
  • Skarb Pompei
  • Zmrożone Serce


    Zapisy:
  • Chwilowo brak

    Zawieszone:
  • Brak
  • Drodzy użytkownicy, oficjalnie przenieśliśmy się na nowy serwer!

    SPECTROFOBIA.FORUMPOLISH.COM

    Zapraszamy do zapoznania się z Uśrednionym Przelicznikiem Waluty. Mamy nadzieję, że przybliży on nieco realia Krainy Luster i Szkarłatnej Otchłani.

    Zimowa Liga Wyzwań Fabularnych nadeszła. Ponownie zapraszamy też na Wieści z Trzech Światów - kanoniczne zdarzenia z okolic Lustra i Glasville. Strzeżcie się mrocznych kopuł Czarnodnia i nieznanego wirusa!

    W Kompendium pojawił się chronologiczny zapis przebiegu I wojny pomiędzy Ludźmi i KL. Zainteresowanych zapraszamy do lektury.

    Drodzy Gracze, uważajcie z nadawaniem swoim postaciom chorób psychicznych, takich jak schizofrenia czy rozdwojenie jaźni (i wiele innych). Pamiętajcie, że nie są one tylko ładnym dodatkiem ubarwiającym postać, a sporym obciążeniem i MG może wykorzystać je przeciwko Wam na fabule. Radzimy więc dwa razy się zastanowić, zanim zdecydujecie się na takie posunięcie.

    Pilnie poszukujemy Moderatorów i Mistrzów Gry. Jeżeli ktoś rozważa zgłoszenie się, niech czym prędzej napisze w odpowiednim temacie (linki podane w polu Warte uwagi).

    ***

    Drodzy użytkownicy z multikontami!
    Administracja prosi, by wszystkie postaci odwiedzać systematycznie. Jeżeli nie jest się w stanie pisać wszystkimi na fabule, to chociaż raz na parę dni posta w Hyde Park
    .
    Marionetki – otwarte
    Kapelusznicy – otwarte
    Cienie – otwarte
    Upiorna Arystokracja – otwarte
    Lunatycy – otwarte
    Ludzie – otwarte
    Opętańcy – otwarte
    Marionetkarze – otwarte
    Dachowcy – otwarte
    Cyrkowcy – otwarte
    Baśniopisarze – otwarte
    Szklani Ludzie – otwarte
    Strachy – otwarte
    Senne Zjawy – otwarte
    Postaci Specjalne – otwarte

    Ponieważ cierpimy na deficyt Ludzi, każda postać tej rasy otrzyma na start magiczny przedmiot. Jaki to będzie upominek, zależy od jakości Karty Postaci.



    » Kartoteka » Historie Postaci » Historia Calibana
    Poprzedni temat :: Następny temat
    Autor Wiadomość
     



    Nieumarły Poeta

    Godność: Caliban Setis
    Wiek: ok. 60 lat, wizualnie 26-27
    Rasa: Baśniopisarz
    Lubi: malarzy, oczy, gorzkie i pikantne smaki
    Nie lubi: Braku hierarchii, lenistwa
    Wzrost / waga: 190 / 85
    Aktualny ubiór: Biała koszula, granatowa kamizelka + spodnie z kompletu, krawat, szary surdut.
    Znaki szczególne: Dwukolorowe włosy i oczy, blizna na twarzy
    Pod ręką: W torbie kilka książek, zeszyt, pisadło i piersiówkę wódki. W kieszeniach trochę pieniędzy i cygara z zapałkami.
    Broń: 3 x noże.
    Dołączył: 03 Lut 2017
    Posty: 30
    Wysłany: 5 Luty 2017, 09:28   Historia Calibana  

    Pewnego dnia powstał piękny obraz. Ponoć był tak cudownie oszałamiający, iż jego twórca wpatrywał się w niego całą noc, tuż po tym, gdy po raz ostatni wykonał decydujący ruch pędzlem. Następnego poranka, malarzowi z zachwytu stanęło serce. Od tamtej pory, mówi się, iż artysta dokonał tego, do czego dążą wszyscy w jego fachu, choć nie znają konsekwencji tego marzenia – przelał w swe dzieło całą duszę, aż ciało stało się jedynie pustą skorupą.
    Zdruzgotana żałobą żona jednak nie rozumiała tego cudu. Trzeciego dnia po pogrzebie malarza w złości poszarpała obraz, czyniąc z duszy swego ukochanego jedynie płócienne strzępy. I tak oto nikt inny już nie ujrzał najpiękniejszego obrazu, ale potomkowie artysty pamiętają – ich dziedzictwem jest umrzeć dla sztuki. Temu, któremu się to uda, będzie dane obdarzyć świat jednym z największych unikatów. I tym razem historia nie może się powtórzyć, albowiem krew artystów przyrzekła sobie, iż potępiają czyn żony, a męża obdarzyli statusem mistrza i męczennika (choć nikt nigdy nie powiedział, by malarz cierpiał przed śmiercią... jednakowoż, czyż cierpienie niedocenionego piękna samej duszy nie jest największą z udręk?).

    ***

    Wszyscy z familii Calibana traktowali legendę śmiertelnie poważnie. Jest dla nich motywacją do tworzenia coraz to nowych obrazów i samodoskonalenia się pod względem artystycznym. Jest ich dumą, bo któż nie byłby dumny z posiadania przodka geniusza? Ale przede wszystkim przypomina im o największym obowiązku – ich krew jest odpowiedzialna za stworzenie arcydzieła w takim samym stopniu, jak i za jego zniszczenie. Muszą odpokutować. Wierzą, iż świat jest biedniejszy bez TEGO obrazu. I to ICH wina, jak i zarówno zasługa. Kształcą więc swoje dzieci w malarstwie w nadziei, że któreś z nich, któregoś dnia, stanie się następcą Mistrza.
    Cal również lubi legendę, ale w nieco inny sposób... Nie dostrzega w niej przesłania, bo nie potrafi malować. Widzi za to ciekawą historię. Krótką, ale w swej prostocie ładną. Często powtarza ją sobie w myślach, za każdym razem używając innych słów do jej opisania. Nieraz też bawi się w „gdybanie”. Co by było, gdyby żona nie zniszczyła obrazu? Gdyby malarz nie umarł? Gdyby obraz był jedynie pustym płótnem, a arcydzieło halucynacją szalonego umysłu? Co by, gdyby, co by gdyby, cobygdyby...

    ***

    Dłonie zaczęły mu się trząść, gdy je zmusił do uniesienia tacy z jedzeniem i trunkiem. Cieszył się, iż kieliszek białego wina nie był przepełniony, bo z pewnością, by go rozlał. Tylko jak teraz ma z tym iść? Nigdy wcześniej nie odczuwał tak ciężaru jednego posiłku, jak w tej chwili. Nawet nie chodziło o to, że dłonie go bolały, ale najzwyczajniej w świecie nie potrafił zapanować nad ich napiętymi mięśniami. Chciały puścić, och tak bardzo chciały odpocząć. W panice, pewien, że zaraz wszystko mu spadnie na podłogę, postawił tacę z powrotem na blacie kuchennym. Wziął kilka głębokich wdechów, by się uspokoić. Dał sobie chwilę, by w końcu wziąć się w garść i spróbować drugi raz z tą nieszczęsną tacą. Nie mógł zwlekać zbyt długo, inaczej jedzenie ostygnie. Rozsądnym rozwiązaniem wydawałoby się poprosić służbę o zaniesienie posiłku, ale wiedział, że nie spodobałoby się to ojcu. Nie obchodziło go co robi syn, ale musiał go widzieć przynajmniej kilka razy w ciągu dnia, zajętego choćby i drobnostkami. Cokolwiek, byleby nie pisał. Cokolwiek, byle nie myśleć, że zamiast wykonywania codziennych obowiązków w domu, powinien malować. A malować nie potrafił. Hańba.
    Drugie podejście z tacą poszło Calibanowi lepiej. Ręce wciąż były osłabione, ale tym razem przygotował się na ciężar, jaki miały unieść. No dobrze, to teraz tylko przejść korytarzem... po schodach, znowu korytarz, i oooch, mamy problem. Drzwi. Jak ma zapukać, skoro nie może przenieść tacy do jednej ręki? Cholera. Musi ją odłożyć na podłogę. Tak też zrobił i natychmiast po rytmicznym stuk stuk podniósł jedzenie z powrotem. Jak najszybciej, byleby nie przeciągać chwili. Codzienny rytuał nie mógł zająć mu więcej czasu niż normalnie. Bał się, bardzo się bał, że ojciec będzie niezadowolony. I miał przeczucie, że nieważne jak się postara, to i tak coś pójdzie nie tak. To wrażenie wcale nie pomogło mu uspokoić nerwów, kiedy wszedł do gabinetu.
    Starszy mężczyzna na szczęście nie patrzył na syna, zajęty szkicowaniem. Caliban nie łudził się, iż został niezauważony – ojciec doskonale zdawał sobie sprawę z jego obecności, po prostu postanowił go zignorować. Ale być może ma teraz wenę i pozwoli chłopakowi wyjść bez dalszych poleceń. W innych okolicznościach modliłby się w duchu, by być użytecznym, ale nie dzisiaj. Nie kiedy nie ufał własnym dłoniom. W każdej chwili oczekiwał, że nie podołają i opuszczą tacę. Na podłogę, albo, o zgrozo, na kunsztowny strój ojca. Na samą myśl o zniszczonym ubraniu aż zadrżał z poddenerwowania. Musiał przygryźć wargę, żeby oczyścić myśli. Jeśli dalej będzie się tak zachowywał, to na pewno zawiedzie!
    Doszedł do biurka. Zgiął lekko plecy i wyciągnął ramiona. Znalazł miejsce w zasięgu ojcowskiej ręki, ale nie na tyle blisko, by niechcący potrącił to, co mu przyniesiono. Posiłek wciąż tkwił w idealnej kompozycji, tak jak przygotował go kucharz. Wino nie rozlało się. Sukces! Tak, Caliban był dobrym sługą! Znaczy się, synem. Synem.
    W tej małej euforii pozwolił sobie na uśmiech zadowolenia. Wyprostował się, żeby w milczeniu odejść. Wówczas poczuł silny chwyt na ręce. W całym tym skupieniu nie zauważył nawet kiedy Senior Setis uniósł się znad swojego szkicownika. Jego surowe spojrzenie zmroziło Calibana. Wyglądało na to, że młodzieniec coś przeskrobał, ale pojęcia nie miał o co mogło chodzić.
    - Twoje rękawiczki... - Rękawiczki? Co z nimi?Są brudne.
    Spanikowany Cal spojrzał na swoje dłonie. I rzeczywiście, na prawej biel została zanieczyszczona czerwoną i wilgotną plamą.
    - To po wczorajszej karze, ojcze. Wybacz, ja nie chcia...
    - Nie tłumacz się – ostry głos przerwał mu w połowie zdania. Caliban dobrze wiedział co to oznacza. Już bez słowa opadł na kolana, ale pilnując, by nie sprawić choćby wrażenia, że próbuje się wyrwać z uścisku. To byłby brak szacunku. Spuścił pokornie głowę, tak jak należy. I czekał.
    Laska. Ta sama co wczoraj. Tym razem jednak nie na dłoniach, a na plecach. Nie wiedział ile razów dostał. Nie kazano mu liczyć.

    ***

    - Cal? Cal! Obudziłeś się, prawda? Powiedz coś.
    Nawołujący go głos wpierw rozbrzmiewał gdzieś z oddali, ale z każdym kolejnym słowem zbliżał się coraz bardziej.
    Nie. To ja wracam do rzeczywistości – uświadomił sobie, gdy otworzył oczy. Cóż, a przynajmniej próbował je otworzyć. Coś dziwnego działo się z jego wzrokiem. Bardzo powoli wracała mu ostrość widzenia, ale wciąż coś było nie tak. Potrzebował dłuższej chwili, by uzmysłowić sobie, że coś zakrywa połowę jego twarzy. Poduszka? Sięgnął ręką do lewej strony głowy, by podnieść cokolwiek mu przeszkadzało. Poczuł pod palcami materiał, ale to nie była poduszka. Już zamierzał to z siebie zdrapać, gdy powstrzymała go cudza dłoń. Delikatna i ciepła. Znał ją, bo nikt nigdy nie dotykał go czule poza jedną osobą. Skarcił się w myślach za swój egoizm. W pierwszej chwili powinien był pomyśleć czy jest tu sam czy nie, a dopiero potem myśleć o jakichś obcych obiektach na ciele. Musiał obrócić głowę, by spojrzeć na kobietę koło jego łóżka. Tamora. Jego starsza siostra. Jej włosy miały tylko jeden kolor, ale o pięknym odcieniu zieleni. Jako dziecko lubił myśleć o wszystkich rzeczach, które miały podobną barwę. Wymieniał je, nazwa po nazwie, jak mantra. Ale z czasem nauczono go, że takie zamyślenie jest samolubne. Powinien być zawsze czujny, przygotowany na wypadek, gdyby ktoś go potrzebował. Przypominając sobie o tym, jeszcze bardziej się zawstydził swoją niezdarnością. Uniósł się, żeby usiąść i uważnie przyjrzał się siostrze jednym, niezakrytym, okiem.
    Miała ogromne sińce pod oczami. Jej piękne włosy nieco spłowiały, a dekolt miast chwalić się biustem, ukazywał wystające kości obojczykowe. Znowu schudła, pomyślał ze smutkiem. Ale dzięki temu wiedział, co powinien teraz zrobić.
    - Poczekaj tu chwilę. Przygotuję ci coś do jedzenia. Lekkiego, żeby nie drażnić żołądka.
    Chciał odrzucić od siebie kołdrę, ale Tamora znowu go powstrzymała. Wydawała się nawet nieco rozdrażniona.
    - Przestań! Przestań tak wiernie służyć! Czy ty w ogóle nie czujesz bólu? - Ostatnie zdanie wykrzyczała. Zapewne wpadłaby w jeden ze swoich szałów, naprawdę się na to zapowiadało, ale najwyraźniej była tak wyczerpana, że gniew szybko z niej uleciał.
    Caliban się zmartwił. Jeśli tak bardzo wyczerpywało ją samo podniesienie głosu, to co z innymi czynnościami? Jak miała malować w takim stanie? Czuł silną potrzebę, by pomimo zakazu, wstać z łóżka i zrobić wszystko, by pomóc jej wrócić do zdrowia. Wiedział, że wystarczyło przypilnować ją z posiłkami i nakłonić do wyleżenia przez kilka dni. Wtedy znów była pełna sił i mogła ponownie tworzyć swoje piękne obrazy. Kwiaty też pomagały. Te w wazonie. Bo łatwo je stłuc. Siostra lubiła tłuc różne rzeczy.
    Ale mimo to, nie ruszył się z miejsca. Nie śmiał się sprzeciwić. Wyglądało na to, że chciała z nim koniecznie porozmawiać, i choć spowalniało to jej rekonwalescencję, to właśnie uważnego słuchania od niego w tej chwili najbardziej oczekiwano. Zadowolić innych. Ich pragnienia są najważniejsze. Skupił się więc na zadanym mu pytaniu. Ból... No tak, ta ciemność z lewej strony bolała. Nie przeszkadzało mu to jednak w poruszaniu się, a przynajmniej niczego takiego nie oczekiwał. Próbował sobie przypomnieć co się ostatnio działo. I gdy sięgnął pamięcią do ostatnich wspomnień, zrozumiał w czym rzecz i przede wszystkim dlaczego wcześniej stracił przytomność. Ojciec wylał na niego wrzątek. Zabandażowali mu twarz. Więc może o to chodziło Tamorze?
    - Straciłem wzrok w oku? Siostro, nie przejmuj się. Prawe działa zupełnie dobrze. - Spróbował ją uspokoić, myśląc o jej zdecydowanie zbyt wielkim sercu. Nie powinna przejmować się drobnostkami. Przecież nikt nie umierał.
    Ona na te słowa pokręciła głową, śmiejąc się nerwowo.
    - Nie, ponoć twoje oko nie zostało uszkodzone. Jedynie skóra na twarzy jest poparzona. Ale nie o to mi chodzi! - Spojrzała na niego, zdawałoby się, z desperacją. Jakby usilnie próbowała dotrzeć do niego, ale z góry wiedziała, że to przegrana walka. Cóż, Cal rzeczywiście nie wiedział o co tyle hałasu. - Dlaczego w ogóle ojciec cię zaatakował? Podałeś mu nie ten ołówek, czy co? - Dziwne, czy ona właśnie użyła sarkazmu? Owszem, Calibanowi zdarzało się wcześniej przygotować narzędzia pracy, które nie były potrzebne. To poważny błąd, nie powinno się z tego żartować...
    - Właściwie, to nie.
    - Więc był zły bez powodu?
    - Nie był zły, ani trochę.
    Chwila ciszy. Kobieta próbowała przeanalizować co właśnie usłyszała. Zdawała sobie sprawę, że napady agresji się zdarzają. Bez powodu. Albo z małego powodu. Ale tak o, bez złości?
    - Obawiam się, że nie rozumiem, Cal. Wyjaśnij, proszę.
    - Ojciec namalował ognisko. A nad nim garnek z gotującą się wodą. Ożywił malunek i chciał sprawdzić czy woda rzeczywiście jest wrząca. Mówiłaś, że mam poparzenie, prawda? To cudownie! - Caliban ujął dłonie siostry w swoje własne i z promiennym uśmiechem tłumaczył jej dalej. - To znaczy, że jego eksperyment odniósł pozytywny wynik. Jego rysunki są jak najbardziej realistyczne! I ja mu w tym pomogłem, rozumiesz? Dzięki mnie mógł sprawdzić granice swojego talentu. I wiesz co? Może tych granic nie ma wcale! Ojciec jest genialnym artystą, a ja mam zaszczyt być do jego dyspozycji. Podziwiać taki talent! Mogę być narzędziem, tuż obok pędzla!
    Gdy nic mu nie odpowiedziała, wiedział, że może mówić dalej. Czasami, gdy pozwalano mu wysławiać się bez ograniczeń, tak jak teraz, miał wrażenie, jakby jego głos nabierał dziwnych „wibracji”. Myśląc o tym, wyobrażał sobie pająka, pociągającego, jedną z licznych odnóży, za pojedynczą nić sieci. Szczególnie często zdarzały mu się takie chwile z siostrą. Milczała wtedy i patrzyła na niego pustym wzrokiem.
    - Widzę, że znowu nie spałaś zbyt długo. Tworzyłaś, prawda? Chciałbym, żebyś i ty pozwoliła mi sobie pomagać. Jestem żałosnym beztalenciem, ale gdy przebywam z wami, prawdziwymi artystami, mam szansę brać udział w czymś pięknym. To jedyny sposób, dzięki któremu mogę być baśniopisarzem. Historie, o których chciałbym pisać są złe. Ojciec je potępia i to zrozumiałe. Urodzony jako Setis, mogę być tylko malarzem, albo nikim. Dlatego, proszę, moja droga siostro, wykorzystaj mnie. Nadaj mi sens. Zrobię dla ciebie wszystko, bylebyś była szczęśliwa i gotowa do pracy. Będę dla ciebie wszystkim, czego potrzebujesz. Pozwól mi. Pozwól mi sobie służyć.
    Ekscytacja. Wiedział, że właśnie to odczuwał, pomimo palącego bólu tuż pod okiem. A może ból nawet wzmacniał euforię. Coś budziło się w jego lędźwiach i wspinało po brzuchu. Przez to poczuł się na tyle śmiały – bezczelny! – że aż uniósł ich splecione dłonie i złożył lekki pocałunek na jej palcach. To chyba ją zbudziło z oszołomienia, bo wypranym z emocji głosem, powiedziała:
    - A więc dobrze. Zanieś mnie do mojej sypialni. Bądź użyteczny.
    - Dziękuję. - Nie mógł być szczęśliwszy.

    ***

    Siostra coraz częściej pytała czy służalczość go uszczęśliwia. On odpowiadał, że owszem. Że nie chodzi o zwykłą służbę, ale spełnianie pragnień artystów. Ludzi, których kochał i podziwiał. Że wspaniałe istoty, jak ojciec czy Tamora, miały niemal boskie prawo nadania sensu życia komuś takiemu, jak on. Pytała go co czuje, gdy zadają mu ból. Odpowiadał, że przyjemność z poczucia spełnienia swojego obowiązku. Jeśli była to kara – miał świetną okazję, by się nauczyć użyteczności i stać się choć trochę lepszą wersją siebie. Jeśli agresja nie była karą – to jego ciało pomagało wyładować ojcu złość, by potem malarz mógł w spokoju skupić się nad swoimi pracami.
    Im więcej razy siostra słyszała jego odpowiedzi, tym bardziej zaczęła traktować go, jak niewolnika.
    Caliban był spełniony.

    ***

    Tamora znowu wpadła w szał artystyczny. Nie pozwoliła nikomu wchodzić do swojego pokoju. Malowała bez przerwy przez trzy dni, nie jedząc, nie śpiąc. Ostatecznie zemdlała z przemęczenia, ale jej obraz nie został ukończony. Gdy się obudziła potrafiła skupić się jedynie na uczuciu frustracji, przez co szybko wpadła w furię. Ojciec miał wobec niej coraz większe wymagania. Sam również bywał coraz częściej rozdrażniony. Uzmysłowił sobie, że jego styl już się nie zmienia. Jego dzieła się powtarzają. Nie ma nic nowego w jego obrazach. Pozostała mu jedynie nadzieja, że Tamora stanie się następcą Mistrza z rodzinnej legendy. Musiała. Przecież nie zrobi tego za nią ten nędzny pisarzyna, którego miała za brata.
    I to właśnie na nim wyładowała gniew. Kiedy przyniósł jej nowe kwiaty w wazonie wraz z ciepłym rosołem do wypicia, zaczęła wrzeszczeć. Nie mogła dłużej znieść jego służalczości, a przede wszystkim spokoju, bo to jedyne co okazywał, gdy się go poniżało na wszelkie sposoby. Rzucała poduszkami, ale te w końcu się skończyły, więc chwytała wszystko, co znalazło się w zasięgu jej rąk.
    Nie wiedziała kiedy to się stało, ale nagle ocknęła się, siedząc na nim. Chyba przewróciła go na podłogę i zaczęła okładać pięściami. Dlaczego? Przecież to jej mały brat! Kołysała go kiedyś do snu, całowała stłuczone kolano, a nawet przemycała mu czyste zeszyty, w których mógł pisać oraz książki pełne różnych historii – zarówno tych fikcyjnych, jak i prawdziwych, historycznych. Tak bardzo je kochał. Co się z nimi działo?
    Och, co za różnica? Przecież ten obrzydliwy robak uwielbia, kiedy się go bije. Zboczeniec! Żałosny, żałosny, żałosny, żałosny.
    Była skołowana. Czuła się, jakby walczyły w niej dwie różne osobowości. Dwa sprzeczne głosy.
    Wciąż go uderzała, gdy uzmysłowiła sobie, że jego krwawe usta się poruszają. Ucieszyła się. Miała nadzieję, że błaga ją o litość. Wtedy natychmiast przestałaby go ranić. Przytuliłaby go, przeprosiła, nie nie nie, nie raz, przepraszałaby go bez końca.
    - Była sobie siostra, która szukała weny. Jej wena miała na imię nienawiść. Razem tworzyły piękne dzieła. Zapierające dech w piersi obrazy. Była sobie siostra i była dumna ze swojej nienawiści.
    Co on robi? Czy on postradał zmysły? Bo ona na pewno!

    ***

    Obrazy Tamory naprawdę zaczęły się zmieniać. Były gwałtowniejsze, mroczne i przerażały ją. Szczerze ją przerażały. Miała przez nie koszmary. A w tych koszmarach Caliban zawsze krwawił, by ona mogła z jego posoki tworzyć nowe kolory.

    ***

    Gaunt Setis po raz pierwszy był niezadowolony ze swojego starszego dziecka. Tamora popełniła straszliwy błąd, pozwalając bratu, by się do niej zbliżył. A on ją ostrzegał. Ostrzegał wszystkich. Czyż nie naznaczył tego karalucha licznymi bliznami, by cały świat widział, jaką paskudną duszę w sobie skrywa? Użył ciało chłopaka jak płótno, bo taki był ojcowski obowiązek. Chronić świat przed zgniłym nasieniem jego własnej krwi. A mimo to, jego słodka duszyczka siedziała teraz przy stole, tępo wpatrując się w talerz. Stawała się pusta, ostateczny znak, iż jej dusza traciła swoje walory. Walory, którym przeznaczone było stać się któregoś dnia arcydziełem!
    Podszedł do niej i pozostawił po sobie jedynie szept:
    - Jego historie cię niszczą, głupia dziewczyno. Wszystkie kłamstwa, które tworzy, w twojej głowie stają się prawdą. Tylko dlatego, bo dopuszczasz do siebie jego głos. Głos poety.

    ***

    Wpadła do pokoju swojego brata, pomimo jego licznych protestów. Płakał, gdy targała zapisane jego pajęczym pismem zeszyty. Błagał, by przestała. Ale było już za późno. Nienawidziła go i gardziła całym sercem. Niektóre słowa przykuwały jej spojrzenie, zanim je niszczyła. Pisał o ich rodzinie. O ich legendzie. Pisał nawet o niej samej. Wszystko ułudy, wszystko było owocem jego chorej wyobraźni, tworzącej coraz to nowe wymiary prawdy, równoległe światy. To co widział na co dzień, obracał w słowach po tysiąckroć, aż tworzył coś zupełnie odmiennego.
    Rzeczywiście był obrzydliwy.
    W pewnym momencie pomyślała, że straciła przytomność. Ale to niemożliwe, pomyślała. Wciąż czuła w dłoniach kartki papieru. To dlaczego niczego nie widziała? Dlaczego jej oczy zasnuła ciemność?
    Krzyczała, jak jeszcze nigdy. Jak ktoś, komu odebrano nie tylko własne jestestwo, ale i ostatnią deskę ratunku na jakiekolwiek odkupienie.
    W ciemności nie ma kolorów. Nie ma obrazów.
    A palce zapominają dwuwymiarowe kształty. Płótna stają się bezużyteczne.

    ***

    Caliban stał przed gablotą w pokoju Tamory. Trzymała w niej swoje narzędzia artystyczne. Kiedy jednak stało się oczywiste, że jej wzrok już nie wróci, kazała mu opróżnić mebel. Wyrzucić wszystko, co w nim było.
    Tak też zrobił. Ale pomyślał, że to marnotrawstwo, zostawiać perfekcyjnie dobrą szafkę tak całkiem pustą. Zastanawiał się więc długo, co by zadowoliło jego siostrę. Czym mógłby wypełnić gablotę na nowo, co byłoby potrzebne.

    ***

    Zniknęły trzy osoby ze służby. Ponoć w okolicy kręcił się Dachowiec, ale odkąd ojciec wyraził niezadowolenie z tego powodu, wyglądało na to, że szkodnik został usunięty.
    Caliban z dumą ułożył za szklanymi drzwiami szafki następną fiolkę. Postawił ją obok poprzedniej, której zawartość pozyskał dwa tygodnie temu. Wyglądały pięknie. Niebieskie, zielone, brązowe... ale szczególnie te kocie były najurodziwsze. Jeśli nie zapaliło się światła w pokoju, ale zostawiło otwarte drzwi, złote tęczówki odbijały blask świec z korytarza. Tworzyło to niesamowity efekt. Uwielbiał się przyglądać temu zjawisku, gdy siedział z siostrą w jej sypialni. Nie potrzebowała światła. Nie potrzebowała weny, więc nie musiał jej niczego mówić.
    Ale oczywiście tęskniła za malowaniem. Usychała bez sztuki. Dlatego, specjalnie dla niej, kolekcjonował oczy. Znajdywał ofiary, a potem przynosił gałki, zakonserwowane w chemikaliach, które bez problemu kupował za rodzinne pieniądze.
    Och tak, był dobrym sługą.
    Szczęśliwym sługą.
    Obrzydliwym sługą.

    ***

    Siedzieli w ciemności i milczeniu. Jak każdego wieczoru od kiedy doszło do... „wypadku z nagłą ślepotą”. Ona siadała na fotelu przy oknie, a on przykrywał ją kocem i siadał na podłodze przy jej kolanach. Czasami przerywał ciszę i czytał jej poezję. Gdy zrobił to po raz pierwszy, wiedział, że dużo ryzykował. Ale musiał spróbować, nie mógł myśleć tylko o sobie, ale o niej. Wierzyła, że odebrano jej życie w sztuce, ale to nieprawda. Były też inne dziedziny piękna, i on mógł je jej pokazać.
    Nie przerywała mu. Więc zaczął jej czytać coraz częściej.
    Aż do tej jednej nocy, gdy Tamora postanowiła wreszcie przerwać ich nowo nabytą rutynę.
    - Odejdź.
    - Słucham? Jesteś zmęczona? Ułożyć cię...
    - Nie rozumiesz. Nie chcę, żebyś wracał tu jutro rano. Masz się stąd wynieść na zawsze.
    Nie wierzył jej. Było jej smutno, więc mówiła głupoty. Już miał jej to wytknąć, ale znowu mu przerwała.
    - Kiedyś cię kochałam. Pamiętam to. Ba, nawet broniłam cię przed ojcem. Zastanawiałam się jak cię stąd wyrwać, żebyś mógł zamieszkać gdzieś sam i być szczęśliwy. Naprawdę tego chciałam. Dla ciebie, mojego słodkiego braciszka. Ale teraz... jesteś wypaczony. Dostrzegasz szczęście tam, gdzie cię wykorzystują, to to... to jakaś perwersja! Starałam się to jakoś wytłumaczyć, że to wina ojca, nie twoja. On cię bił od tak dawna, aż w końcu uwierzyłeś, że tylko na to zasługujesz. Ja jednak teraz widzę, że ty wcale nie masz wypranego mózgu. To ty jesteś tym, który zatruwa umysł! Swoim paskudnym, tak bardzo paskudnym, głosem. Kilka dni temu przyszedł do mnie ojciec. Powiedział mi, co wkładasz do gabloty. Myślałeś, że się nigdy nie dowiem? Tak bardzo bawi cię moja ślepota?
    - To nie tak. To dla ciebie, to żebyś...
    - Milcz, szczurze!
    Podniosła się z fotela ze świeżo nabytym wigorem. Po omacku znalazła go, chwyciła za włosy i szarpnęła mocno. Raz, drugi, nie przestawała jeszcze długo. Nie była przepełniona furią tak, jak miewała to kiedyś. Zawsze kojarzyła te napady z gorącem, ale tym razem czuła w sobie coś oziębłego. Jej serce zamarzało i z jakiegoś powodu wcale jej to nie przerażało.
    - To jest moje pragnienie. Masz się stąd wynieść i nigdy nie wracać. Jeśli choćby usłyszę, że zbliżyłeś się do domu, każę cię zamknąć w jakimś lochu tak, żebyś już nigdy nikomu nie mógł służyć. Nikomu nie będziesz spełniał pragnień, rozumiesz? Zniszczę cię, zostawiając cię samego. Zgnijesz bez tych swoich chorych relacji z lepszymi od ciebie, prawda? Przed kim się ukorzysz, komu poliżesz buty?
    Jedną ręką wciąż ciągnęła jego włosy, ale drugą przesunęła do twarzy. Ścisnęła mu szczękę, a on posłusznie – żałośnie usłużny do końca – otworzył dla niej usta. Znalazła palcami jego oślizgły język i pociągnęła. Zadrapała nie bez przyjemności.
    - Zastanawiam się czy powinnam ci wyrwać język. Ale wiesz co? Nie zrobię tego. Idź w świat i bądź użyteczny gdzie indziej. Zatruwaj wszystko wokół swoimi słowami, ale z dala ode mnie. Żyj jak robak, którym jesteś.
    Puściła go i licząc kroki z pamięci, wyszła ze swojej sypialni. Zostawiła go żałośnie chlipiącego na kolanach.

    ***

    Wszystko straciło jakikolwiek sens. Przestał już istnieć dla legendy, dla mistrza, dla rodowej krwi i dla malarstwa. Żeby przeżyć, zaczął sprzedawać swoje powieści i wiersze. Sprzedawał też swój głos i opowiadania na różnego rodzajach zbiorowiskach. Okazało się, że wiedza historyczna, którą zdobył z książek, pozwoliła mu udzielić kilku lekcji dzieciom bogaczy. Nie wiedząc gdzie szukać „przyjemności”, oddał się uzależnieniom. Kawa, alkohol, cygara, seks. Choć to ostatnie było ciężkie do zdobycia, kobiety często go odrzucały. Z reguły bez problemu czarował je ładnymi słówkami, ale gdy tylko wypijał za dużo, natychmiast uciekały z wyrazem pogardy na twarzy.A wszystko to, bo jestem obrzydliwy.
    Wyświetl posty z ostatnich:   
    Po drugiej stronie krzywego zwierciadła... Strona Główna
    Odpowiedz do tematu
    Nie możesz pisać nowych tematów
    Możesz odpowiadać w tematach
    Nie możesz zmieniać swoich postów
    Nie możesz usuwać swoich postów
    Nie możesz głosować w ankietach
    Nie możesz załączać plików na tym forum
    Możesz ściągać załączniki na tym forum
    Dodaj temat do Ulubionych
    Wersja do druku

    Skocz do:  
    Szybka odpowiedź

    Użytkownik: 
               

    Wygaśnie za Dni
     
     



    Copyrights © by Spectrofobia Team
    Wygląd projektu Oleandra. Bardzo dziękujemy Noritoshiemu za pomoc przy kodowaniu.

    Forum chronione jest prawami autorskimi!
    Zakaz kopiowania i rozpowszechniania całości bądź części forum bez zgody jego twórców. Dotyczy także kodów graficznych!

    Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
    Template AdInfinitum
    Strona wygenerowana w 0,09 sekundy. Zapytań do SQL: 9