• Nie minęło zbyt wiele czasu od rozpoczęcia działalności AKSO, a po całej Otchłani rozniosła się wieść o tajemniczej mgle, w której znikają statki. Czytaj więcej...
  • Wstrząsy naruszyły spokój Morza Łez!
    Odczuwalne są na całym jego obszarze, a także na Herbacianych Łąkach i w Malinowym Lesie.
  • Karciana Szajka została przejęta. Nowa władza obiecuje wielkie zmiany i całkowitą reorganizację ugrupowania. Pilnie poszukiwani są nowi członkowie. Czytaj więcej...
  • Spectrofobia pilnie potrzebuje rąk do pracy! Możecie nam pomóc zgłaszając się na Mistrzów Gry oraz Moderatorów.
Trwające:
  • Skarb Pompei
  • Zmrożone Serce


    Zapisy:
  • Chwilowo brak

    Zawieszone:
  • Brak
  • Drodzy użytkownicy, oficjalnie przenieśliśmy się na nowy serwer!

    SPECTROFOBIA.FORUMPOLISH.COM

    Zapraszamy do zapoznania się z Uśrednionym Przelicznikiem Waluty. Mamy nadzieję, że przybliży on nieco realia Krainy Luster i Szkarłatnej Otchłani.

    Zimowa Liga Wyzwań Fabularnych nadeszła. Ponownie zapraszamy też na Wieści z Trzech Światów - kanoniczne zdarzenia z okolic Lustra i Glasville. Strzeżcie się mrocznych kopuł Czarnodnia i nieznanego wirusa!

    W Kompendium pojawił się chronologiczny zapis przebiegu I wojny pomiędzy Ludźmi i KL. Zainteresowanych zapraszamy do lektury.

    Drodzy Gracze, uważajcie z nadawaniem swoim postaciom chorób psychicznych, takich jak schizofrenia czy rozdwojenie jaźni (i wiele innych). Pamiętajcie, że nie są one tylko ładnym dodatkiem ubarwiającym postać, a sporym obciążeniem i MG może wykorzystać je przeciwko Wam na fabule. Radzimy więc dwa razy się zastanowić, zanim zdecydujecie się na takie posunięcie.

    Pilnie poszukujemy Moderatorów i Mistrzów Gry. Jeżeli ktoś rozważa zgłoszenie się, niech czym prędzej napisze w odpowiednim temacie (linki podane w polu Warte uwagi).

    ***

    Drodzy użytkownicy z multikontami!
    Administracja prosi, by wszystkie postaci odwiedzać systematycznie. Jeżeli nie jest się w stanie pisać wszystkimi na fabule, to chociaż raz na parę dni posta w Hyde Park
    .
    Marionetki – otwarte
    Kapelusznicy – otwarte
    Cienie – otwarte
    Upiorna Arystokracja – otwarte
    Lunatycy – otwarte
    Ludzie – otwarte
    Opętańcy – otwarte
    Marionetkarze – otwarte
    Dachowcy – otwarte
    Cyrkowcy – otwarte
    Baśniopisarze – otwarte
    Szklani Ludzie – otwarte
    Strachy – otwarte
    Senne Zjawy – otwarte
    Postaci Specjalne – otwarte

    Ponieważ cierpimy na deficyt Ludzi, każda postać tej rasy otrzyma na start magiczny przedmiot. Jaki to będzie upominek, zależy od jakości Karty Postaci.



    » Kartoteka » Historie Postaci » Retrospekcje » Spotkanie Mari i Kessaira nr 0
    Poprzedni temat :: Następny temat
    Autor Wiadomość
     



    Nocny Muzykant

    Stowarzyszenie Czarnej Róży: Różana Czarownica
    Godność: Marionette
    Wiek: 22
    Rasa: Kotek z Czarnobyla
    Lubi: Dobrą herbatkę *-*
    Wzrost / waga: 167/45
    Aktualny ubiór: Mundur SCR http://i.imgur.com/J2Yu3Yx.jpg
    Znaki szczególne: dwa lwie ogony
    Pod ręką: Drewniany flet, sztylet
    Broń: Sztylet
    Bestia: Innocenza (Luna)
    Nagrody: fiolka czaru Słoneczny Psikus (jednorazowego użytku), Bolerko Niewidko, Korale Zamiarne, Zegarmistrzowski przysmak (2szt.)
    SPECJALNE: Mistrz Gry, Strażnik spisów
    Dołączyła: 30 Maj 2015
    Posty: 805
    Wysłany: 7 Styczeń 2017, 12:54   

    Komentarz na temat ochroniarza zbyła milczeniem. Nawet nie spojrzała na wielkoluda, który patrząc na nią złowrogo, opuścił pomieszczenie. Stała dalej niewzruszona, poruszając powoli ogonami. Przyglądała się mężczyźnie przed nią.
    - Nie przyjmuję władzy kogoś, kto krzywdzi innych by pokazać, że jest wyżej od nich - powiedziała poważnym tonem - jak zapewne wiesz ostatnie kilka lat spędziłam na ulicy, więc nie mam nic do stracenia jeśli uznasz, że nie wysłuchasz mojej prośby lub, że odbierzesz mi życie i tak nie mam gdzie wracać, jednak jestem dłużna Kesslerom to, że mnie przyjęli pod swój dach, właściwie nic o mnie nie wiedząc, a patrząc na ich nastawienie do Dachowców tym bardziej jestem im wdzięczna. Dodatkowo jeśli będę mogła komuś pomóc tym bardziej jestem gotowa to zrobić.
    Naprawdę nie miała nic do stracenia, jednak ona spłacała swoje długi. Miała dość uciekania. Zrobiła to po śmierci Lilly, jednak nie miała zamiaru tego powtarzać. Na pewno nie byłaby z niej dumna jakby zostawiła kolejne osoby w potrzebie.
    Zauważyła błyskotkę. Starała się jednak na niej nie skupiać mimo iż coś jej w niej nie pasowało. Nie umiała jednak jeszcze określić co to było takiego. Słysząc pytanie mężczyzny spięła się mocno.
    Spojrzała mężczyźnie w oczy i przełknęła ślinę. - widzę, że nie ucieknę od uprzedmiotowiania, ale pierwszy raz ktoś uważa mnie za broń, a nie za przytulankę - zaśmiała się gorzko - jeśli nie ma innej drogi to... zrobię to - powiedziała po chwili zastanowienia przyglądając się jak mężczyzna już pod postacią Dachowca przechadza się po pomieszczeniu - jeśli jednak w związku z tym mogłabym mieć osobistą prośbę by nie informować Kesslerów w jaki był warunek przedłużenia czasu, byłabym bardzo wdzięczna - pokłoniła się lekko. Nie odrywała jednak od niego wzroku.
    Bardzo nie podobał jej się ten pomysł. Nie uważała się za jakiegoś boga aby decydować o tym czy ktoś ma dalej żyć czy nie. Nie była dumna z tej decyzji jednak....co innego mogła zrobić? Chciała bardzo pomóc Kesslerom, za wiele im zawdzięczała - to kto byłby moim celem? - zapytała nie ruszając się nadal z miejsca.
    Wsłuchiwała się w dalsze słowa kocura. Poczuła kropelki potu na plecach słysząc o swoim pierwszym celu, pierwszy raz byłą za coś wdzięczna swojemu właścicielowi, za to, że uczył ją trochę aktorstwa. Zaśmiała się trochę szyderczo - skoro tak widzisz wszystko, to czemu nie wiesz o tym, że Salem już od kilku dni gryzie piach? - mogła się przyznać i tak nic nie traciła. Sięgnęła po sakiewkę ukrytą pod koszulką. Wzięła ją gdy była u Kesslerów. Daniel powinien popracować nad chowaniem takich skarbów. Rzuciła ją pod nogi sir Jamesa. Sakiewka była lekko pobrudzona krwią martwego już kocura - kilka dni temu naćpał się jak świnia i zaczął się do mnie dobierać. Podejrzewam, że swojego towaru już nie odzyskasz. - aby dodać prawdy swoim słowom opisała dokładnie Salema i powiedziała jak zginął.
    - Kim jest drugi cel? - zapytała beznamiętnie.
    Wsłuchiwała się w jego słowa. Mimo, że nic po sobie nie pokazywała, walczyła sama ze sobą. Nie mogła uwierzyć, że to on stał za śmiercią tej dziewczyny i ... teraz miała zabić jego siostrę. Ale jeśli zabicie tej jednej spowoduje, że uratuje trzy inne....nie była na to gotowa, ale nie miała innego wyjść.
    Westchnęła - gdzie ją znajdę? Wolałabym mieć to już za sobą i nie mieć na sumieniu Kesslerów, że nie zdążyłam na czas nim po nich przyjdziecie.
    Powiedziała spokojnym głosem, jakby była rasowym zabójcą. Cóż...nie pozostało jej nic innego jak grać rolę, którą jej narzucili, mimo iż to zupełnie nie była ona. Nawet jeśli Trebor uważał ją za zimną to taka nie była i bardzo nie lubiła tej części siebie.
    _________________

     



    Niespełniony Marzyciel

    Stowarzyszenie Czarnej Róży: Członek
    Godność: Daniel Kessler
    Wiek: wizualnie około 30 lat
    Rasa: Marionetkarz
    Lubi: Mleko, Marionetki, Kapeluszników
    Nie lubi: Tych, którzy nie lubią mleka; podejrzliwy wobec Dachowców
    Wzrost / waga: 196
    Aktualny ubiór: Normalnie : Niepozorny płaszcz, którym postać okrywa swój mundur, plus czapka, przypominająca sarmacką. Wojskowe buty. Fabuła (Eden) : dziwaczna mieszanka munduru pruskiego z mundurem admiralskim. Włosy przefarbował... albo oblał się jakimś kwasem który mu zmienił barwę włosów przy malowaniu marionetki. Nieważne!
    Znaki szczególne: Krzaczaste brwi
    Zawód: Astrolog
    Pod ręką: Luneta, amulet przedstawiający czarną kulę, srebrna łyżka
    Broń: Pałasz i sztylecik
    Stan zdrowia: Zdrowy, obecnie nie choruje. Ran również brak
    Dołączył: 29 Lip 2016
    Posty: 171
    Wysłany: 11 Styczeń 2017, 14:45   

    Na wieść o śmierci Salema zauważyć można było krótki ruch brwiami, wyrażający pokrótce zdziwienie i zdobycie tej ważnej w sumie dla interesów informacji. Uwaga ubodła go, jednakże nie pokazał tego po sobie, a po chwili nawet uśmiechnął się sztucznie w stronę Mari, pokazując swoją pewność siebie jak i w sumie pogodzenie się z tym, co usłyszał. Nie była to zapewne pierwsza taka nieudana "transakcja", jak i ostatnia, trzeba uczyć się na błędach i nie ufać tak ludziom, jak dotychczas. Nadmierne zaufanie i łaskawość zdecydowanie nie sprzyja interesom.
    - Tak to jest jak zatrudnia się istoty uzależnione od nieżywych rzeczy. Same z nimi kłopoty. - mruknął pod nosem, łapiąc się za ręce za plecami i raz jeszcze spoglądając w okno. Zastanowił się głęboko nad całą sytuacją.
    - Salem, Salem! Zawsze był idiotą. - skonkludował.
    Następnie odwrócił się do niej, podszedł do fotela, na którym jeszcze przed chwilą siedział i zrobił to samo co przed paroma minutami - mianowicie usiadł i położył nogę na nodze, poza tym, że tym razem nie miał kota, którego mógłby głaskać. Złożył ręce na brzuchu i spojrzał przed siebie, a w jego oczach widać było pustkę, tak wciągającą, jak i świadczącą o niebezpieczeństwie, jakie może zagrażać istotom, które próbują z tym Dachowcem bawić się niepotrzebnie i naciągać jego cierpliwość.
    - Tak więc jedną część mojej umowy masz z głowy. O nie, nie patrz na siebie jak na broń, moja droga. Mamy umowę, biznes, to, co lubię najbardziej. Kupujesz krwią winnych życie niewinnych, albo przynajmniej częściowo winnych. No bo kto na tym świecie jest całkowicie niewinny? Chyba tylko malutkie dzieci. Nie dość, że jesteś kobietą, to jeszcze przyszłaś tu z własnej, nieprzymuszonej woli. To już starczy do specjalnego i uprzejmego traktowania twojej osoby.
    Gdy przestał mówić sięgnął do kieszeni spodni, z których wyjął mały przedmiot wyglądający jak książeczka. Jego ręce w tym czasie były najzwyczajniej ludzkie. Otworzył ją i przechodził ze strony na stronę, szukając prawdopodobnie czegoś konkretnego. Przeszedł jedną, drugą, trzecią, zatrzymał się na czwartej. W tym czasie słychać było tylko cichutkie dźwięki z parteru, jak osoba o głosie podobnym do głosu Tigro krzyczała. Jednocześnie Sir James stuknął palcem wskazującym w stronę, która go interesowała, co przywróciło myśli Mari do pokoju, w którym przebywała z szefem kartelu.
    - Zabawnie się składa. Wieczorem, koło 21, zwykle przechodzi koło tego parku, w którym zginął Salem. Przyznam rzeczywiście, że jej śmierć jest wyłącznie formalnością. Gdyby nie ty, w ciągu tego miesiąca ktoś inny pewnie skończyłby z jej życiem. Przy okazji... mógłby zrobić coś więcej, ponieważ większość osób tym się zajmujących to sfrustrowani mężczyźni. Oj, aniele łaski... - zwrócił się z uśmiechem do Mari. Zawołał głośniej swojego ochroniarza, a gdy dziewczyna zwróciła uwagę (bądź nie) na drzwi, przez które wszedł ów goryl, Sir James ponownie przemienił się w staruszka-fabrykanta głaskającego kota. Gdyby patrzyła na niego w momencie przemiany, mogłoby się jej zrobić troszkę niedobrze.
    - No to wszystko ustaliliśmy. Jeśli chcesz możesz zaczekać do godziny 20, kiedy mniej więcej napotkasz dziewczynę w parku. Ale na parterze. Gdy zrobisz, co masz zrobić, resztę załatwisz z lokajem, który powitał cię na dole. A teraz, jeśli pozwolisz... - zwrócił się do dziewczyny po raz ostatni, wypuścił kota, a ten poszedł gdzieś za fotel. Sam staruszek schował książeczkę do kieszeni i nachylił się do kartki, która leżała obok niego i coś skrzętnie w myśli notował.
    Ochroniarz delikatnym gestem pokazał Mari wyjście, a sam próbował nawet ukłonić się, chociaż jego prymitywne natura i gesty zupełnie mu na to nie pozwalały.
    Gdy dziewczyna wychodziła z pomieszczenia, w którym przebywał Sir James, mogła usłyszeć zza pleców jeszcze raz wypowiedziane zdanie "Przysługa za przysługę!" Następnie drzwi zamknęły się. Pozostało jej zaczekać do późnej godziny tu, w tym budynku albo na zewnątrz.
    Czy tak czy tak czas leciał, a ruchu w budynku nie było. Mari mogła tylko zastanawiać się, czy zwykle tutaj tak jest, czy wyjątkowo jakiś dzień urlopowy, czy świąteczny. Chociaż mogło paść dobre pytanie, czy w ogóle istnieją dla takich typów spod ciemnej gwiazdy dni urlopowe czy świąteczne.
    Gdy było już późno wieczorem, a dziewczyna udałaby się do parku, gdzie dostała informacje, że może tam przebywać kobieta, którą ma zabić, zauważyłaby, że w sumie park jest prawie pusty. Na ławce siedziała jakaś wysoka, ale w sumie nieinteresująca szara postać, która wpatrywała się przed siebie, oparta na długiej lasce. Po drugiej stronie parku zaś stała jakaś dziewczyna, która rozmawiała z jakimś parę centymetrów wyższym od siebie chłopakiem. Po chwili postanowili skierować się w pewnym kierunku. Gdyby Mari podeszła bliżej i zaczęła ich śledzić, mogłaby usłyszeć, jak chłopak zwraca się do dziewczyny per "aniele mój" i "Amalio". Więc wszystko wskazywało, że to o tę dziewczynę chodzi. Szli oni po obrzeżach miasta, aż dotarli do kamieniczki. Otworzyli niezamykane na klucz drzwi i skierowali się po klatce schodowej na górę, wchodząc do pomieszczenia przypominającego strych. Wychodzi na to, że są świadomi zagrożenia i ukrywają się w jednej z opuszczonych, albo niezagospodarowanych jeszcze kamieniczkach. Mari mogła więc zacząć działać. To, co może poruszyć ją w trakcie pracy, to prośba, by pozwoliła im uciec, że jeszcze dziś wieczorem opuszczą przybytek i tajnym przejściem udadzą się do magazynu, z którego za parę godzin wyrusza wielki transport do bardzo dalekiego miasta. Gdyby Mari była w środku, ujrzałaby na ręku dziewczyny pewien pierścień, z pozoru wyglądający na normalny, ale - gdy się przyjrzeć - o dziwnych zdobieniach na powierzchni.
     



    Nocny Muzykant

    Stowarzyszenie Czarnej Róży: Różana Czarownica
    Godność: Marionette
    Wiek: 22
    Rasa: Kotek z Czarnobyla
    Lubi: Dobrą herbatkę *-*
    Wzrost / waga: 167/45
    Aktualny ubiór: Mundur SCR http://i.imgur.com/J2Yu3Yx.jpg
    Znaki szczególne: dwa lwie ogony
    Pod ręką: Drewniany flet, sztylet
    Broń: Sztylet
    Bestia: Innocenza (Luna)
    Nagrody: fiolka czaru Słoneczny Psikus (jednorazowego użytku), Bolerko Niewidko, Korale Zamiarne, Zegarmistrzowski przysmak (2szt.)
    SPECJALNE: Mistrz Gry, Strażnik spisów
    Dołączyła: 30 Maj 2015
    Posty: 805
    Wysłany: 11 Styczeń 2017, 21:54   

    Mari z trudem powstrzymała się od warknięcia, słysząc jak James nazywa ją aniołem łaski...ta jasne...
    Kiwnęła głową na znak, że rozumie gdzie znajdzie tę Amalię. Odwróciła się w stronę drzwi, gdy te się odtworzyły. Gdy wzrok wrócił na Jamesa, poruszyła lekko uchem widząc, że ten znów się zmienił.
    Kiwnęła mu głowa na pożegnanie i czym prędzej opuściła zarówno pomieszczenie jak i budynek. Nie miała zamiaru tam przebywać ani chwili dłużej. Udała się od razu do parku i usiadła na jednej z gałęzi. Schowała się w cieniu liści i czekała. Nie zwracała uwagi na inne istoty, które tam przechodziły. I tak było ich strasznie mało. Było to trochę dziwne. Uznała jednak, że nie ma sensu się nad tym zastanawiać.
    W końcu doczekała się na swój cel. A przynajmniej miała nadzieję, że to na pewno była ona. Imię się zgadzało, no i wyglądała na bardzo uważną. Ale nie wystarczająco. Obserwowała uważnie, w którą stronę parka się wybierała. Weszli do jednej z pobliskich kamienic. Gdy zniknęli w drzwiach Mari opuściła swoje schronienie. Szybko wdrapała się na sąsiadujący budynek i zlokalizowała gdzie się znajdują.
    Obserwowała ich przez okno. Czekała aż zasną. Wiedziała, że jeśli zaczną ją błagać o to by pozwoliła im uciec, to na pewno się na to zgodzi, a nie sądziła by James był na tyle głupi by wysłać ją na taką misję i nie przypilnować. Nie widziała nikogo w pobliżu, jednak nie miała pewności, że jest sama. Miała tylko nadzieję, że nie zobaczy jej nikt niepożądany.
    Gdy zasnęli, wśliznęła się do pokoju. Bezgłośnie. Wmawiała sobie, ze to kolejny rabunek. Rozejrzała się uważnie. Odkryła, że ukochany Amalii ma przy sobie nóż. Westchnęła cichutko. Nie musiała używać swojej broni. Ostrożnie chwyciła nóż przez znalezioną szmatkę i szybkim ruchem wbiła nóż w serce Amalii. Jej ukochanego za to uderzyła dość mocno w głowę. Nie będzie pamiętał skąd ból i sam się pewnie obwini za zabicie ukochanej. Słyszała przecież, że kłócili się przed snem. Gdy już było po wszystkim, uciekła starając się nie zostawić po sobie nawet kłaczka sierści.
    Nie wróciła od razu do Jamesa. Musiała się uspokoić. Nie przyjdzie przecież do niego i nie zacznie beczeć jak mała dziewczynka. A na to właśnie teraz miała ochotę. Udała się nad jezioro, które pokazał jej Daniel. Usiadła na brzegu i patrzała w spokojną taflę i odbijający się w niej księżyc. Po chwili wstała i wskoczyła do wody. Musiała się ocknąć. Musiała się uspokoić. Nie trwała pod wodą długo. Szybko wypłynęła i wyszła z wody. Była zimna. Ale ważniejsze było to, że ją otrzeźwiła.
    Nim doszła do budynku, w którym przebywał James, była już prawie sucha.
    - Zadanie wykonane - powiedziała do lokaja i przyjęła od niego list. Pokłoniła mu się jeszcze i wyszła. Nie obchodziło jej to czy trwało to długo czy nie. W końcu już świtało jak wyszła z wody. Teraz już był późny poranek.
    Teraz zależało jej tylko na tym, aby dać list Kesslerom. Miała tylko nadzieję, że James dotrzymał obietnicy i nie wkopał jej, pisząc w liście coś złego, tylko, ze naprawdę przedłużył rodzinie czas.
    _________________

     



    Niespełniony Marzyciel

    Stowarzyszenie Czarnej Róży: Członek
    Godność: Daniel Kessler
    Wiek: wizualnie około 30 lat
    Rasa: Marionetkarz
    Lubi: Mleko, Marionetki, Kapeluszników
    Nie lubi: Tych, którzy nie lubią mleka; podejrzliwy wobec Dachowców
    Wzrost / waga: 196
    Aktualny ubiór: Normalnie : Niepozorny płaszcz, którym postać okrywa swój mundur, plus czapka, przypominająca sarmacką. Wojskowe buty. Fabuła (Eden) : dziwaczna mieszanka munduru pruskiego z mundurem admiralskim. Włosy przefarbował... albo oblał się jakimś kwasem który mu zmienił barwę włosów przy malowaniu marionetki. Nieważne!
    Znaki szczególne: Krzaczaste brwi
    Zawód: Astrolog
    Pod ręką: Luneta, amulet przedstawiający czarną kulę, srebrna łyżka
    Broń: Pałasz i sztylecik
    Stan zdrowia: Zdrowy, obecnie nie choruje. Ran również brak
    Dołączył: 29 Lip 2016
    Posty: 171
    Wysłany: 13 Styczeń 2017, 23:59   

    Gdy Mari wychodziła z budynku, w którym dokonała zbrodni, mogła przez ułamek sekundy poczuć jakiś przytłaczający, ciężki, ołowiany wzrok, który wpatrywał się w jej osobę. Był to wzrok totalny, przeszywający i zarazem przepotężny, który jakby w całości prześwietlał jej postać. Ale, jak wspomniano powyżej, uczucie po chwili zniknęło, a Mari poczuła się jakby... wolna i swobodna. Jakby coś jej ulżyło. Oczywiście pozostał wyrzuty sumienia, napływ emocji po dokonanym "dziele", ale zagrożenie ze strony niewidzialnego wzroku minęło bezpowrotnie.
    Czuła się zupełnie sama idąc w stronę jeziora i rozmyślając o tym, co zrobi. Jedynym jej towarzyszem był wiatr, który swoją moc uaktywnił dopiero, kiedy nadeszła już noc; wiało tak, że jego przeraźliwy dźwięk i niemiłe uczucie na ciele, które powstawało, gdy pospieszone powietrze uderzało Mari niczym wzburzone fale wybrzeże, było zaiste przeraźliwym uczuciem. Gdy doszła mniej więcej do obszaru jeziora, wiatr jakby ucichł całkowicie, chmury już nie poruszały się na niebie z taką prędkością, a sytuacja w okolicy uspokoiła się tak, że od czasu do czasu można było usłyszeć z daleka dźwięk wydany przez jakieś polne zwierzę.
    Jej odwiedziny z powrotem w siedzibie lokalnej siatki przestępczej (chociaż można się kłócić, czy była to ledwie "lokalna" siatka, czy może organizacja mająca pod kontrolą kilka miast) zostały przyjęte bardzo zimno; mogła poczuć się jak osoba, która idzie do urzędu, by załatwić sprawę, a całemu personelowi właśnie zginął ulubiony kot, zabity przez nieuważnego idiotę; i jakby teraz personel próbuje wyładować swoją złość poprzez okazanie niezwykle intensywnego chłodu wobec przybyłego petenta. Członek służby, gdy zobaczył Mari, ukłonił się pokornie, a następnie przy braku jakichkolwiek emocji podszedł do stoliczka znajdującego się obok drzwi wejściowych, chwycił coś do ręki, następnie wydawało się, że coś podpisano, pojawił się ponownie oczom dziewczyny, a następnie dał jej całkiem elegancki, zawinięty w rulon list, który wieńczyła całkiem nieamatorska kokardka. Gdy odwróciła się na pięcie i poszła w dal, w stronę domu Kesslerów, a drzwi zamknęły się, zza pleców mogła usłyszeć pewien szum, gorące rozmowy, stukanie, łupanie, a następnie ponowne otworzenie drzwi. Była jednak już za daleko, by zobaczyć, co się przy nich działo, ponieważ ta część była nieoświetlona; a mogła usłyszeć to wszystko tylko i wyłącznie dzięki przejmującej ciszy.
    List jakby ogrzewał dłoń Mari, w sumie sama nie mogła wiedzieć, dlaczego; to znaczy mogła podejrzewać. Ale w tej okoliczności, gdy dziewczyna była niemało podłamana, energii nie miała wcale, list dawał jej ciału realne ciepło. Tak jakby poza tym, że było wybawieniem dla Kesslerów, było również czymś w rodzaju ostatecznego uwolnienia Mari od swojej przeszłości, jak i częściowo teraźniejszości. Była niczym boski posłaniec, który po złamaniu pieczęci listu i pokazaniu jego treści adreastom, mógł w końcu ulecieć w nieskończoność, by wychwalać świetność bóstw.
    Jednakże znowu zaczął wiać wiatr, dodatkowo Mari mogła usłyszeć, a nawet już niedługo ujrzeć dwie postacie, które jakby przemknęły niedaleko niej. W końcu postacie wyprzedziły ją, a następnie znalazły się między nią, a dalszą drogą do domu Kesslerów. Zauważyła dwie sylwetki. Po chwili ukazały się jej w pełni.
    Pierwszego z nich mogła rozpoznać, był to nikt inny, jak Tigro, który wyglądał teraz jeszcze bardziej młodzieńczo, niż na sali treningowej. Sprawiał wrażenie małego chłopca, który próbował zachowywać się cool, pokazywać jaki to jest niezależny i silny, stojąc zarazem obok matki, która przyszła do szkoły i daje gwarancję ochrony gówniarza.
    Ale drugiego w sumie nie znała. Mogła go kojarzyć - całkiem podobny wygląd do Tigro, jeszcze od niego większy, z większą ilością mięśni, a także - o niebo bardziej męski. Nie wyglądał jak dorosły cap, raczej jak osoba, która wychodziła już powoli z wieku młodzieńczego, ale nie przeszła całkiem do dorosłego; idealny czas i odpowiednia mieszanka wieku i siły, by mogła ujrzeć najsilniejszego i najbardziej produktywnego osobnika. Zapewne dużo lepszego od swojego godnego pożałowania brata.
    - A więc jesteś dziewczyną, która skopała dupala temu debilowi. - zaczął mówić nienaganną lustrzanką starszy i większy od Tigro osobnik. Gdyby jeszcze dodać Tigro-bis ładną elokwencję i sposób wysławiania się, można by posądzić go o bycie co najmniej książęcym dziedzicem; ale wymowa wszystko niechybnie zdradziła.
    - To teraz wiedz, że jestem tu po to, by zmazać tę skazę na naszym rodzie. - powiedział i w sumie ruszył do boju. Nieprzygotowana, wyczerpana dziewczyna nie mogła w sumie spowodować zbyt wiele, chociaż mogła próbować. Ciosy zadawał bez litości, nie cackał się. Czuł się jak gdyby wyrwany z jakiejś tylko jemu znanej pracy, który musi rozwiązać problem, który powstał nie przez niego samego. Niczym ktoś, kto poprawia z wielką niechęcią błędy swoich bliskich. Przeto nie cackał się, tylko chciał chyba szybko zadać ból, pokonać, przewrócić. Nie należało to do przyjemnych. Zdecydowanie nie.
    Gdyby Mari została już pokonana, co w jej obecnej kondycji nie byłoby zbyt trudne dla Tigro-bis, wówczas jej receptory umożliwiające kontakt ze światem mogłyby zanotować taką oto scenkę.
    - Taaak! Dokopałeś jej! Należało się, suce! - powiedział głos Tigro, który to potrafiła rozróżnić od głosu jego brata.
    - Debil. - odpowiedział głos starszego. Po chwili usłyszeć można było nic innego, jak katowanie młodszego brata przez starszego. I w tym wypadku, po usłyszanych krzykach, dźwiękach, chrupnięciach, a potem postękiwaniach i dławieniu się, można było dojść do wniosku, że w sumie Mari nie została aż tak mocno poharatana, jak poharatany, czy też skatowany został Tigro.
    Skaza rodzinna musiała zostać zmyta, ale w obie strony. Większą zasługę dla skazy miał Tigro, a nie sama Mari, dlatego to on miał na tej drodze zapłacić srogą cenę. W porównaniu do niego Mari została ledwie draśnięta, przecież mógł ją uszkodzić jeszcze bardziej, skatować, ale tego nie zrobił. Większy zasób energii poświęcił na spacyfikowanie zapędów brata, które wprowadziły go, zapewne nie pierwszy raz, w kłopoty. Dlatego w najbliższym czasie obecność Tigro w Akademii, jak i jego zdrowie, na pewno będzie zakwestionowane. Mari nie mogła widzieć dokładnie tej sceny, ale co nie co słyszała. I było to dla Tigro bardzo bolesne. Gdyby odzyskała przytomność, nie byłoby w jej okolicy nikogo.


    A wiatr w końcu przestał wiać. Na dobre.
     



    Nocny Muzykant

    Stowarzyszenie Czarnej Róży: Różana Czarownica
    Godność: Marionette
    Wiek: 22
    Rasa: Kotek z Czarnobyla
    Lubi: Dobrą herbatkę *-*
    Wzrost / waga: 167/45
    Aktualny ubiór: Mundur SCR http://i.imgur.com/J2Yu3Yx.jpg
    Znaki szczególne: dwa lwie ogony
    Pod ręką: Drewniany flet, sztylet
    Broń: Sztylet
    Bestia: Innocenza (Luna)
    Nagrody: fiolka czaru Słoneczny Psikus (jednorazowego użytku), Bolerko Niewidko, Korale Zamiarne, Zegarmistrzowski przysmak (2szt.)
    SPECJALNE: Mistrz Gry, Strażnik spisów
    Dołączyła: 30 Maj 2015
    Posty: 805
    Wysłany: 14 Styczeń 2017, 11:53   

    Kotka nie zwracała uwagi na wiatr. W sumie na nic nie zwracała uwagi. Nawet jakby za nią nagle spadł meteor to pewnie nawet by się nie obróciła, aby sprawdzić co narobiło tyle hałasu. Szła po prostu przed siebie, póki nie dotarła do jeziorka. Potrzebowała chwili spokoju, żeby poukładać myśli i dojść do siebie. Zabiła. Znowu...i tym razem nie była to samoobrona. Zabiła bo jej kazano. Miała jednak nadzieję, że w treści listu do Kesslerów nie będzie żadnej wzmianki o tym co zrobiła, żeby wydłużyć Marionetkarzom termin spłaty długu.
    Nie miała najmniejszej ochoty wracać do tego miejsca. Wiedziała jednak, że nie ma najmniejszego wyboru. Musiała wrócić, żeby odebrać list. W sumie ucieszyła się, że się nie cackali, tylko załatwili co trzeba załatwić i puścili ją. Zdziwiła się jednak, gdy prócz listu dostała sakiewkę, którą wcześnie rzuciła Jamesowi pod nogi. Lokaj podał jej go razem z listem, mówiąc, że każdy prócz swojej zapłaty dobiera sobie nagrodę. Kotka nie musiała się domyślać co to za nagroda. W końcu James sam jej to powiedział gdy wysyłał ją z tym zadaniem. Wzięła pieniądze i list i wyszła z budynku bez słowa. Grzecznie się tylko pokłoniła na do widzenia.
    Słyszała hałasy zza drzwi ale co ją one obchodziły? Był już późny ranek i rodzina Kesslerów na pewno już wstała. Chciała oddać im list jak najszybciej. Nie wiedziała czy będzie mogła do nich wrócić, w szczególności patrząc na jej wczorajsze zachowanie jednak chciała im pokazać, że nie jest niewdzięczna i przekazać list od sir Jamesa.
    Nie spodziewała się tego co się stało chwile wcześniej. Jej drogę zatorował Tigro oraz jego większy odpowiednik. Spojrzała na nich bez emocji i spróbowała wyminąć. Nie interesowały jej jakieś rodzinne utarczki. Skoro skopała Tigro tyłek to znaczy, że nie umie walczyć albo za bardzo skupia się na flirtowaniu. Nie miała nic do tego. Widząc jednak, że jej nie przepuszczą już miała to powiedzieć na głos gdy Tigro-bis zaatakował. Próbowała się jakoś bronić jednak...nie miała już na to siły. Brak jedzenia, ostry trening i do tego mało snu plus jeszcze przeżycia z poprzedniej nocy, odcisnęły na niej swoje piętno. Skupiła się więc na tym aby ustać na nogach i nie upuścić listu (sakiewkę przywiązała sobie do pasa). Cofała się pod naporem ciosów, aż w końcu weszła w niski krzak dzikiej róży. Gałązki zaplątały się jej wokół łapy, wbijając boleśnie kolce w skórę i spowodowały, że kotka w końcu upadła, uderzając się w głowę i rozcinając jej czoło. Leżała bez ruchu. Spojrzała jednak jeszcze zamglonym wzrokiem na swojego oprawcę po czym zamknęła oczy. Wszystko ja bolało. Słyszała jak katuje swojego brata, a potem nastała cisza. W trakcie walki Mari nie powiedziała nic. Nawet nie krzyknęła. Bo co dawać im dodatkową satysfakcję z tego co robią?
    Gdy się ocknęła słońce było już wysoko. Usiadła obolała. Bolała ją głowa, czułą jak z rozciętego czoła i wargi cieknie krew. Miała opuchnięty cały policzek. Czuła, że coś nie tak jest z jednym z jej żeber, najpewniej było złamane. Chciała wstać, jednak poczuła, że coś "trzyma" ją za nogę. Spojrzała w tamtym kierunku i ujrzała, że pnącza róży mocno oplotły się wokół jej łapy. Nie miała tego rozplątać. Próbując zadawała sobie tylko jeszcze większy ból. Odcięła więc pnącza, które nie pozwalały jej się ruszyć, zostawiając na łapie cierniową bransoletę.
    Ruszyła powoli i chwiejnie w stronę domu Kesslerów. Kulała bardzo mocno i z trudem utrzymywała świadomość. Wiedziała jednak, że nie może zawieść.
    W końcu dotarła. Słyszała zza drzwi jakieś rozmowy, miała więc pewność, ze ktoś w domu jest. Położyła list z pieczęcią sir Jamesa pod drzwiami i zapukała głośno, po czym odwróciła się i ruszyła w swoją stronę. W takim stanie nie chciała pokazywać się Kesslerom, a w szczególności Danielowi. Nie chciała im dokładać nowych problemów.
    Gdy ktoś z rodziny otworzył drzwi i spojrzał w dół, zobaczył zawinięty list, a na nim krwawy odcisk łapy Mari. Podnosząc zaś wzrok zobaczył by uszatą postać, która kulejąc oddalała się. Trzymając się jedną łapą za żebra. Uszy i ogony miała nisko spuszczone, a głowę opuszczoną, szła nierówno i chwiejnie.
    _________________

     



    Niespełniony Marzyciel

    Stowarzyszenie Czarnej Róży: Członek
    Godność: Daniel Kessler
    Wiek: wizualnie około 30 lat
    Rasa: Marionetkarz
    Lubi: Mleko, Marionetki, Kapeluszników
    Nie lubi: Tych, którzy nie lubią mleka; podejrzliwy wobec Dachowców
    Wzrost / waga: 196
    Aktualny ubiór: Normalnie : Niepozorny płaszcz, którym postać okrywa swój mundur, plus czapka, przypominająca sarmacką. Wojskowe buty. Fabuła (Eden) : dziwaczna mieszanka munduru pruskiego z mundurem admiralskim. Włosy przefarbował... albo oblał się jakimś kwasem który mu zmienił barwę włosów przy malowaniu marionetki. Nieważne!
    Znaki szczególne: Krzaczaste brwi
    Zawód: Astrolog
    Pod ręką: Luneta, amulet przedstawiający czarną kulę, srebrna łyżka
    Broń: Pałasz i sztylecik
    Stan zdrowia: Zdrowy, obecnie nie choruje. Ran również brak
    Dołączył: 29 Lip 2016
    Posty: 171
    Wysłany: 15 Styczeń 2017, 23:15   

    W domu Kesslerów był gwar. Cała trójka była w domu i gorąco dyskutowała, co począć. Wszyscy przespali się z myślą o tym, że być może Mari ich opuściła, że zostali sami sobie i musieli zacząć robić coś, aby w ogóle przetrwać. Zastanawiano się już zupełnie serio nad możliwościami, jakie można było podjąć. Przez noc do głów wpadły pomysły, możliwe rozwiązania, jak np. natychmiastowa sprzedaż domu, razem z całym dobytkiem i pójście na ulicę; pozbycie się zasobów i oddanie się Sir Jamesowi jako półniewolnicy za długi, może całkowita ucieczka, przy czym każdy uciekłby w swoją stronę, aktywny opór; wszystko było możliwe, wszystko można było rozważyć. Ale czy jedno z tych miałoby jakikolwiek sens i zapewniałoby jakąkolwiek przyszłość? Wątpliwe. Daniel pakował się do małego bagażu, który miał wziąć ze sobą, pakował najważniejsze rzeczy; matka i ojciec również chowali najważniejsze rzeczy, zostawiając zbędne czy takie, w które można zaopatrzyć się wszędzie. Do teraz nie zdecydowano się na jedno, konkretne rozwiązanie. W powietrzu była jednak atmosfera strachu, przerażenia i stresu. W zaniepokojonej rodzinie nagle wszyscy zamarli. Usłyszeli bowiem gwałtowne, silne i jakże słyszalne pukanie do drzwi, które przeraziło ich tak, że przez kilka sekund nie potrafili się ruszyć. Potem spojrzeli jeden na drugiego, powiedzieli pewne słowa pod nosem; Trebor Kessler podszedł do drzwi i otworzył je powoli, trzymając w ręku, za plecami, rodowy sztylet o pięknych zdobieniach i nadzwyczajnej ostrości. Gdy już otworzył je na oścież, na ziemi pod drzwiami ujrzał list, na którym było też wiele krwi. W wyniku tego, że nie mówił nic, do drzwi dobiegł jeszcze Daniel, który spojrzał to na list, to na ojca, który był wpatrzony w leżący przedmiot. Trebor klęknął do niego i sięgnął; powoli zaczął go otwierać. Daniel zaś spojrzał przed siebie, próbując znaleźć jakąś istotę, która ten list przyniosła; może uda się dowiedzieć czegoś od wysłannika. Z drugiej strony był wielki strach i coś, co miało trzymać młodego jak najdalej od takich niebezpiecznych typków. Ale swoim wzrokiem wypatrzył postać przypominającą Mari, ale w znacznie gorszym stanie, niż była. Postanowił bez ostrzeżenia minąć ojca i pobiec w jej kierunku. Gdy stanął obok niej, chwycił ją za ramię, przyjrzał się jej ranom, na co zrobiło mu się smutno. Mimo że zupełnie nie wiedział, co było w liście, poczuł, że wszystko stało się dlań jasne. Łzy napłynęły mu do oczu; spojrzał dziewczynie w twarz i nie wiedział co powiedzieć, skamieniały, osłupiały. Wiedział, jak dużo kosztowało Mari to wszystko, jak bardzo się im odpłaciła, jak wielce należy jej dziękować; wiedział też, że powinien ją zawrócić do domu, zaopiekować się nią, tak jak ona zaopiekowała się tak naprawdę nimi; docenić jej wkład, a także rozpaczać nad jej stanem fizycznym. To wszystko powinien był zrobić, ale jego młody wiek, emocjonalna niedojrzałość, jak i ogólny stan przerażenia połączony z zupełną niewiedzą, jak zachować się w tej sytuacji, spowodowały, że stał tak, ze łzami w oczach, wpatrzony w nią i trzymający ją za ramię, delikatnie, po prostu żeby oznaczyć swoją obecność. Lekko jakby przyciągał ją do siebie, w kierunku swojego domu, aby dać jej znak, ze nie chce, aby odeszła. Nie wiedział, jak to się kończy, mógłby tak stać... cały czas.
    Mari pierwszy mogła czuć się zupełnie wolna, jako osoba, która jednym czynem, jedną ofiarą ocaliła trzy inne. A może cztery i swoje życie? Miała w nich sojuszników, to pewne, mogła być spokojna o to, że ją obronią, zaopiekują się nią i dadzą dach nad głową, gdyby tego potrzebowała; dodatkowo też nawiązała chciany bądź niechciany kontakt z lokalnym środowiskiem przestępczym, który, gdyby się uprzeć, mógł dać jej pieniądze, a być może kiedyś wpływy. Miała też kontakt z Akademią, która też zapewne dałaby jej zajęcie na jakiś czas; dzięki tej przygodzie nie była więc tu zupełnie anonimowa, a także nie było frakcji, grupy, czy żywych ludzi, z którymi jakoś szczególnie zepsuła sobie relacje; może gdyby nie wspomnieć Tigro, chociaż jego istnienie czy nie nie ma w sumie już żadnego znaczenia. Istota, Sir James, Tigro, nauczyciel walki nożem, Daniel Kessler, pani Kesslerowa, Trebor Kessler, Salem, wszystkie postacie odegrały jakąś rolę w tych dniach. Daniel też wiele się od niej nauczył, ale to chyba nie miejsce i pora na rozwody w tej sprawie.
     



    Nocny Muzykant

    Stowarzyszenie Czarnej Róży: Różana Czarownica
    Godność: Marionette
    Wiek: 22
    Rasa: Kotek z Czarnobyla
    Lubi: Dobrą herbatkę *-*
    Wzrost / waga: 167/45
    Aktualny ubiór: Mundur SCR http://i.imgur.com/J2Yu3Yx.jpg
    Znaki szczególne: dwa lwie ogony
    Pod ręką: Drewniany flet, sztylet
    Broń: Sztylet
    Bestia: Innocenza (Luna)
    Nagrody: fiolka czaru Słoneczny Psikus (jednorazowego użytku), Bolerko Niewidko, Korale Zamiarne, Zegarmistrzowski przysmak (2szt.)
    SPECJALNE: Mistrz Gry, Strażnik spisów
    Dołączyła: 30 Maj 2015
    Posty: 805
    Wysłany: 16 Styczeń 2017, 00:56   

    Mari odczekała chwilę zanim zapukała do drzwi. Nie chciała odchodzić, nie chciała uciekać. Chciała zostać...odpocząć. Ledwo trzymała się na nogach, nie mówiąc już o zdobywaniu pożywienia. Nawet jeśli ma przy sobie pieniądze to najprawdopodobniej, widząc jej stan uznają, że komuś je ukradła, a że sumka nie była mała to na pewno zawiadomili by jakieś władze i wrzucili do lochu czy innego ciemnego miejsca, a w tym stanie nie miała szans na obronę. Skoro nawet nie potrafiła choć trochę się postawić bratu (bo na takiego wyglądał) Tigro, to teraz już nawet dziecko by ją bez problemu pokonało.
    W końcu jednak zapukała głośno do drzwi. Zauważyła, że za drzwiami zrobiło się cicho. Nie dziwiła się, w końcu na pewno się bali. Za dwa dni miał być dla nich koniec. Mieli przyjść po spłatę długu, a sami nie mieli tyle, żeby jakoś zwrócić sir Jamesowi to co im pożyczył.
    Odwróciła się i ruszyła przed siebie nawet się nie odwracając. Była za bardzo skupiona na tym, żeby nie upaść. Wiedziała bowiem, że jak upadnie to najprawdopodobniej nie wstanie. Nie miała na to siły. Nie jadła nic od poprzedniego poranka. Nie spała do tego została dotkliwie pobita. Nie miała szans na przeżycie. Nie bez pomocy kogokolwiek. Zastanawiała się czy nie wrócić do Jamesa z podkulonymi ogonami. Wiedziała jednak, że może tam zastać napakowanego Dachowca, który ją tak urządził. W końcu to jego głos słyszała wtedy za drzwiami.
    Szła powoli, a po jej policzkach spływały łzy bólu i bezsilności. Nie chciała denerwować Marionetkarzy, nie po tym jak po prostu sobie poszła, zostawiając ich samych.
    Zatrzymała się czując jak ktoś łapie ją za ramię. Spojrzała na młodego Marionetkarza i posłała mu zmęczony uśmiech - dziękuję, że poczekaliście i przepraszam, że to tak długo trwało - powiedziała cicho. Słychać było, że jest już naprawdę padnięta i tylko siłą woli utrzymuje się w pionie - zrobiłam co mogłam... - powiedziała odwracając się w jego stronę. Stanęła niefortunnie na łapie oplecionej pnączami dzikiej róży i wpadła Danielowi w ramiona. - Przepraszam - wyszeptała jednak nie próbowała się już podnieść. Zamknęła oczy i straciła kontakt ze światem.
    _________________

     



    Niespełniony Marzyciel

    Stowarzyszenie Czarnej Róży: Członek
    Godność: Daniel Kessler
    Wiek: wizualnie około 30 lat
    Rasa: Marionetkarz
    Lubi: Mleko, Marionetki, Kapeluszników
    Nie lubi: Tych, którzy nie lubią mleka; podejrzliwy wobec Dachowców
    Wzrost / waga: 196
    Aktualny ubiór: Normalnie : Niepozorny płaszcz, którym postać okrywa swój mundur, plus czapka, przypominająca sarmacką. Wojskowe buty. Fabuła (Eden) : dziwaczna mieszanka munduru pruskiego z mundurem admiralskim. Włosy przefarbował... albo oblał się jakimś kwasem który mu zmienił barwę włosów przy malowaniu marionetki. Nieważne!
    Znaki szczególne: Krzaczaste brwi
    Zawód: Astrolog
    Pod ręką: Luneta, amulet przedstawiający czarną kulę, srebrna łyżka
    Broń: Pałasz i sztylecik
    Stan zdrowia: Zdrowy, obecnie nie choruje. Ran również brak
    Dołączył: 29 Lip 2016
    Posty: 171
    Wysłany: 17 Styczeń 2017, 21:20   

    Mari leżała nieprzytomna, czy też śpiąca, w łóżku Daniela Kesslera, w domu, który niedawno próbowała opuścić. Jednak tak, jak bardzo próbowała go opuścić, mogła zdać sobie sprawę, że to póki co jedyna przystań dla niej, w której mogłaby się uchronić, gdzie mogłaby się najeść, napić, odpocząć. Przetrwać najgorsze chwile. W momencie, w którym wszystko się wyjaśniło, a wszelakie obciążenia, którymi zaniepokojeni byli Kesslerowie - zniknęły, a przynajmniej na jakiś czas. Umożliwiła im spokojne życie, na jakiś czas przynajmniej. Była aniołem łaski. Dzięki niej dostąpili jeszcze jednej szansy, odłożenia zagrożenia na dużo później. I musieli być jej za to serdecznie wdzięczni.
    Rodzice siedzieli akurat z Danielem w kuchni. Pili herbatę. Tata milczał, jednak wyglądał na zupełnie odstresowanego. Matka, cóż, w pewnym sensie też siedziała odprężona, acz widoczne było, że całkowicie nie potrafiła odnaleźć się w sytuacji, w której się znalazła. Daniel zaś siedział na krześle, lecz oparty o ścianę i zaczytywał się w list, który przyniosła Mari. Wertował wzrokiem każdy wers, zdanie, słowo. Każdy rzeczownik i przymiotnik. Nie wiedział, co powiedzieć. Wyglądał na spokojnego, taki też się czuł. Ale tak naprawdę w sercu i w środku młodego Kesslera wrzało. Wrzało okrutnie, ponieważ widział styl, jakim zwracał się do nich sir James, wiedział, że to nie zniknęło, lecz przedłużyło się o rok. Wiedział też, że nie potrafił nic zrobić, aby zażegnać konfliktu; że byli na łasce i niełasce Dachowców. Gdy skończył, położył list na stole i poszedł do warsztatu, zamykając go z hukiem i pracując nad marionetką, którą kończył od co najmniej paru miesięcy. Trebor widząc to pokiwał głową z mieszanką zdumienia i niedowierzania, wziął list i poszedł do pokoju jego i żony, chowając go w pewne bezpieczne miejsce. Wrócił w końcu, usiadł obok żony, dał jej buziaka w policzek, a następnie zaczął głowić się nad tym, co powie dziewczynie, gdy już się obudzi.
    A propos dziewczyny - warto wspomnieć, że jej rany zostały dokładnie opatrzone. Jednym słowem - zajęto się nią odpowiednio. Nie była to zasługa profesjonalnego lekarza z zewnątrz, lecz... no właśnie. Medycyną i pomaganiem innym od dawna interesowała się Kesslerowa. Nie była zwyczajną kurą domową, a już na pewno jej życie nie ograniczało się do pracy i kuchni. Miała ciekawą przeszłość, z której wyniosła między innymi znajomość medycyny, przynajmniej na tyle, by mogła łatać rany niewywołane zdolnościami magicznymi. Ojciec też już czuł się świetnie, zapewne również dzięki jej opiece. Tak więc można w skrócie powiedzieć, że ich życie wróciło porządku dziennego. Pomijając fakt, że wyraźnie czuli to, że wisiała nad nimi spłata długu na rzecz sir Jamesa. Musieli ułożyć roczny plan; i teraz nie było już miejsca na ucieczkę i głupoty czekała ich ciężka praca, aby ostatecznie się spłacić.
    Gdyby Mari obudziła się, zauważyłaby opatrzone rany. Obok łóżka, na stoliczku, stałaby ciepły napój z ziołami, który nie pachniałby zbyt ładnie, ale za to zapewne miałby jakieś efekty lecznicze. Leżała w pokoju Daniela, była w jego królestwie. Było tu dosyć niechlujnie. To znaczy było tak jeszcze zanim doszła do rodziny informacja o tym, że za kilka dni coś im się stanie. Ale fakt nagłej ewentualnej przeprowadzki spowodował, że pół rzeczy zostało wyciągnięte z szaf. Był to zatem bajzel idealny, taki, którym chłopak powinien się zająć. Na krześle przy łóżku leżałyby jej ubrania - świeże i wyprane. Nie zastałaby Daniela, gdyby wyszła, ponieważ byłby zamknięty w warsztacie, skąd słychać było puknięcia, łupanie i stukanie. W kuchni zaś widziałaby dwoje rodziców Daniela, którzy, gdyby ją zauważyli, przywitaliby ją ciepłym uśmiechem i zapewne wylewnie dziękowali jej za to, co zrobiła. Poczęstowaliby śniadaniem, ciastkami, herbatą. Trochę nawet by ją poddali uświęceniu w podzięce za to, co zrobiła. Nie widziałaby już listu, a gdyby o niego pytała - rodzice spróbowaliby szybko zmienić temat, nie próbując w ogóle poruszać tej kwestii. Mówiliby, że wspaniale znowu ją widzieć. Gwarantowaliby jej, że niech czuje się u nich naprawdę jak w swoim domu, że w sumie to jest ich taką nawet przybraną córką, którą ochronią, wyżywią, i której zawsze pomogą. Za to, co zrobiła, byli gotowi zrobić dla niej wszystko. Stała się bohaterką w domu Kesslerów.
     



    Nocny Muzykant

    Stowarzyszenie Czarnej Róży: Różana Czarownica
    Godność: Marionette
    Wiek: 22
    Rasa: Kotek z Czarnobyla
    Lubi: Dobrą herbatkę *-*
    Wzrost / waga: 167/45
    Aktualny ubiór: Mundur SCR http://i.imgur.com/J2Yu3Yx.jpg
    Znaki szczególne: dwa lwie ogony
    Pod ręką: Drewniany flet, sztylet
    Broń: Sztylet
    Bestia: Innocenza (Luna)
    Nagrody: fiolka czaru Słoneczny Psikus (jednorazowego użytku), Bolerko Niewidko, Korale Zamiarne, Zegarmistrzowski przysmak (2szt.)
    SPECJALNE: Mistrz Gry, Strażnik spisów
    Dołączyła: 30 Maj 2015
    Posty: 805
    Wysłany: 17 Styczeń 2017, 23:37   

    Kotka spała dość długo. Obudziła się późnym popołudniem. Obudziło ja trzaśnięcie drzwi do warsztatu Daniela. Zamrugała kilka razy, powoli odzyskując świadomość. Rozejrzała się po pomieszczeniu, w którym się znajdowała. Poznała to miejsce, ale to nie był "jej" pokój, tylko Daniela. Co ona tu robiła? Usiadła z trudem, krzywiąc się. Żebro dawało o sobie znać. Zaskoczona odkryła, że jest opatrzona. Zauważyła również ubrania i dziwny napar. Wypiła go krzywiąc się z niesmakiem i ubrała z lekkim trudem po czym wstała powoli z łóżka i wyszła z pokoju.
    W domu było spokojnie, nie było już czuć tej nerwowej atmosfery, która królowała tu, gdy Mari opuściła dom dzień wcześniej. Oparła się o framugę drzwi i rozejrzała, zastanawiając gdzie znajdzie Kesslerów. Słyszała jakieś odgłosy dochodzące z warsztatu, domyśliła się, że Daniel nad czymś pracuje. Miała jednak wrażenie, że robi to strasznie nerwowo, jakby zajął się czymś tylko dlatego, że jest zły. Ale dlaczego? Czyżby w liście było napisane jak zapłaciła za wydłużenie ich czasu? Nie...to nie to. Uznała, że potem go o to zapyta, jednak najpierw musiała zająć się innymi sprawami.
    Ruszyła powoli do kuchni, kulejąc mocno. Weszła do pomieszczenia i stanęła w drzwiach niepewnie. Opuściła uszka speszona, słysząc słowa rodziców Daniela - proszę mnie nie traktować jakbym była kimś innym...jestem tą samą kotką, którą poznali państwo kilka dni temu - uśmiechnęła się niepewnie, widać było, że nie czuje się dobrze w roli kogoś kto uratował Kesslerów przed gniewem sir Jamesa i wolała, żeby ich nastawienie do niej się nie zmieniało - naprawdę nie zasłużyłam na jakieś specjalne traktowanie - chwilę milczała po czym zwróciła się do Trebora - jak się pan czuje? - zapytała nieśmiało po czym pokłoniła się lekko, pokornie - i przepraszam, za moje wczorajsze zachowanie... - dodała cicho po czym przysiadła się do stołu wzdychając z ulgą. Z chęcią przyjęła obiad (choć dla niej mogło to być śniadanie). Zjadła go ze smakiem, chwaląc panią Kessler.
    Gdy już zjadła podziękowała grzecznie za posiłek. Wstała powoli i ruszyła do warsztatu. Zapukała niepewnie w drzwi - Daniel...mogę wejść? - zapytała po czym jeśli tylko jej nie zabronił (czyli zgodził lub nic nie powiedział) weszła powoli do warsztatu, rozglądając się z zaciekawieniem. Tutaj jeszcze nie była i nie miała okazji zobaczyć Marionetkarza przy pracy. Uśmiechnęła się do chłopaka i zamknęła za sobą drzwi, po czym oparła się ciężko o ścianę. - hej - przywitała się niepewnie, po czym jednak zamilkła, nie do końca wiedząc co dalej powiedzieć. Widząc jednak zdenerwowanie młodego Marionetkarza, przyjrzała by mu się uważnie - Daniel co się dzieje?
    _________________

     



    Niespełniony Marzyciel

    Stowarzyszenie Czarnej Róży: Członek
    Godność: Daniel Kessler
    Wiek: wizualnie około 30 lat
    Rasa: Marionetkarz
    Lubi: Mleko, Marionetki, Kapeluszników
    Nie lubi: Tych, którzy nie lubią mleka; podejrzliwy wobec Dachowców
    Wzrost / waga: 196
    Aktualny ubiór: Normalnie : Niepozorny płaszcz, którym postać okrywa swój mundur, plus czapka, przypominająca sarmacką. Wojskowe buty. Fabuła (Eden) : dziwaczna mieszanka munduru pruskiego z mundurem admiralskim. Włosy przefarbował... albo oblał się jakimś kwasem który mu zmienił barwę włosów przy malowaniu marionetki. Nieważne!
    Znaki szczególne: Krzaczaste brwi
    Zawód: Astrolog
    Pod ręką: Luneta, amulet przedstawiający czarną kulę, srebrna łyżka
    Broń: Pałasz i sztylecik
    Stan zdrowia: Zdrowy, obecnie nie choruje. Ran również brak
    Dołączył: 29 Lip 2016
    Posty: 171
    Wysłany: 21 Styczeń 2017, 11:46   

    Wiele Trebor nie mógł już dodać, czy powiedzieć od siebie na widok Kotki. Podziękował tylko za zainteresowanie sprawami rodziny, a także za zapytanie go o samopoczucie, na co odrzekł, że czuje się już dużo lepiej. Lecznicza ręka matki, jak się wydawało, zaleczy rany, postawi domowników na nogi i da im siłę do dalszych działań. Mari dała im nadzieję, której zdawało się, jeszcze wczoraj w ogóle nie mieli. Brakowało im po prostu słów, sami nie potrafili się chyba odnaleźć w tak nagłej, błogiej i spokojnej sytuacji, przeto nie zrobili w sumie nic, poza podziękowaniami, zrobieniem dobrych posiłków i powolną pracą. Stało się, co się stało; dodatkowo elementem, który wzbudzał ich wielką ciekawość, było to, jak udało się jej wypracować przedłużenie długu. Ale chyba bali się jej o to spytać. Wiedzieli, że powinni byli wiedzieć, że powinni spytać, ale obawiali się tego, że prawda ich przerośnie i postawi w jeszcze gorszej sytuacji. Toteż pragmatycznie do tego podchodząc ograniczyli się do uprzejmych rozmów, pomocy Mari, ale w innych kwestiach milczeli.
    Teraz dziewczyna nie powinna się nawet spodziewać drobnych uwag od strony rodziny Kesslerów. Za to, co zrobiła, została po prostu bohaterką. I na tym należy ostatecznie zamknąć temat stosunku i zachowania rodziców wobec dziewczyny, której imię uległo należnemu skróceniu.
    Daniel w sumie nie spodziewał się, że Mari wejdzie do jego warsztatu. Do ostatniego bastionu bezpieczeństwa i odcięcia od świata. Początkowo nawet zdenerwował się, nie wiedząc, kto wchodzi (stał bowiem tyłem), ale gdy ujrzał dziewczynę, stwierdził, że powinien popuścić. Spojrzał na nią najpierw z gorącym wyrazem twarzy, ale po chwili wydmuchał powietrze i zamienił się w tego starego, potulnego człowieczka, którym był. Jak widać było przed nim, zajmował się jakąś koniczyną postaci, o której za chwilę.
    Warsztat był pomieszczeniem całkiem sporym, gdyby porównać go do reszty domu. Znajdowało się w nim wiele przyrządów, które spokojnie mogłyby znaleźć zastosowanie w stolarstwie, czy wielu innych manualnych specjalizacjach. przy ścianie stał zaś wielki stół, jakby laboratoryjno-szpitalny, na którym leżała humanoidalna postać; trudno jednak było dostrzec szczegółów, ponieważ była okryta białym prześcieradłem. W warsztacie było jedno okno, malutkie, bliżej sufitu, które miało spełniać tylko tę rolę, aby ludzie się nie podusili w tym kurzu. Pod oknem stały trzy drewniane krzesła, na których było sporo kurzu. Poza tym przy ścianach zawieszono wiele kartek, wskazujących plany na marionetki, o różnym kształcie, od zwierząt, po istoty ludzkie, a nawet jakieś pseudomachiny wojenne. Gdzieniegdzie stały stojaki, na których były jakby manekiny, a w innych miejscach do półek zawieszone były sztuczne ręce, nogi, czy maski różnej jakości. Początkowo można było to uznać za miejsce dla psychopaty, ponieważ niektóre maski, czy twarze manekinów były dziwaczne, o najróżniejszym stopniu skomplikowania, a z drugiej strony niektóre ciała manekinów były wygięte w różnych, dziwnych posturach, jakby złapano jakieś istoty żywe w najróżniejszych momentach życia. Ale taka po prostu była pracownia marionetkarza Kesslera D. .
    Daniel spojrzał na nią, pokiwał głową ze zrozumieniem, że nie miał możliwości dać jej wytłumaczenia na temat tego, co robi; wziął jedno krzesło, stojące pod ścianą, wziął ścierę i wytarł mebel dokładnie, aby Mari mogła na nim usiąść. Po chwili podszedł do stołu, na którym leżała Postać i odwrócił się w kierunku Mari. Powitał się z nią, machając jej ręką. Nie chciał podawać jej ręki, gdyż jak mogła widzieć Mari, nie był w zbyt higienicznym stanie. Z jednej strony próbował wyglądać niespecjalnie, z drugiej - był poddenerwowany, co dziewczyna wychwyciła.
    - Co u mnie? Wszystko w porządku. Jestem ci... wielce wdzięczny za to, że pomogłaś mojej rodzinie przetrwać. - zdobył się na serdeczność, chociaż przychodziła mu ona z trudem. Stał tak w milczeniu, czekając na to, aż dziewczyna przechwyci ciężar rozmowy, ale wiedział, że nie da rady i musi się wygadać.
    - Po prostu boli mnie to, że potrafiłaś zrobić coś, mimo że nie należysz nawet do rodziny. A ja, jej syn, ktoś, kto kiedyś przejmie rolę obrońcy... nie potrafił zrobić nic, by ją obronić. To mnie boli. Bardzo. Jestem bezużyteczny. Jak mam się mienić kimkolwiek, skoro jedyne, co potrafiłem robić, to siedzieć i czekać? - powiedział i prawieże usiadł na stół warsztatu, wpatrując się w dziewczynę wzrokiem smutnym i zbitym, jak pies.
     



    Nocny Muzykant

    Stowarzyszenie Czarnej Róży: Różana Czarownica
    Godność: Marionette
    Wiek: 22
    Rasa: Kotek z Czarnobyla
    Lubi: Dobrą herbatkę *-*
    Wzrost / waga: 167/45
    Aktualny ubiór: Mundur SCR http://i.imgur.com/J2Yu3Yx.jpg
    Znaki szczególne: dwa lwie ogony
    Pod ręką: Drewniany flet, sztylet
    Broń: Sztylet
    Bestia: Innocenza (Luna)
    Nagrody: fiolka czaru Słoneczny Psikus (jednorazowego użytku), Bolerko Niewidko, Korale Zamiarne, Zegarmistrzowski przysmak (2szt.)
    SPECJALNE: Mistrz Gry, Strażnik spisów
    Dołączyła: 30 Maj 2015
    Posty: 805
    Wysłany: 22 Styczeń 2017, 02:03   

    Mari nie czuła się za dobrze w nowej roli jaką pełniła w tej rodzinie. Mimo to była im bardzo wdzięczna, że się nią zajęli i że nie pytali o to jak udało jej się wypracować wydłużenie długu dla Kesslerów. Nie była z tego dumna i wolała się przed nimi do tego nie przyznawać. Nie chciała psuć sobie opinii w ich oczach. Najchętniej to by o tym zapomniała, jednak wiedziała, ze nie jest to najprawdopodobniej w ogóle możliwe. Nie powinno się o tym zapominać.
    - Dziękuję - powiedziała z uśmiechem do Daniela, gdy ten podsunął jej krzesło. Usiadła na nim z wyraźną ulgą. Noga dawała jej się we znaki, ale starała się tego nie pokazywać. Przyjęła jego podziękowania kiwnięciem głowy. Nie miała zamiaru znów wysłuchiwać jaka to jest wspaniała, że im pomogła.
    Na dalsze słowa chłopaka zmarszczyła mocno brwi. Gdy skończył mówić zapadła martwa cisza. Mari wstała i dokuśtykała do chłopaka. Ujęła jego policzki w łapki i spojrzała mu głęboko w oczy - nigdy o sobie nawet tak nie myśl - powiedziała poważnie - pokazałeś rodzicom, że mogą na Ciebie liczyć, nie spanikowałeś ani nie załamałeś się tylko starałeś się im pomóc wymyślić jakiś sposób na to, żeby jakoś wytrwać w tej nieprzyjemnej sytuacji - mówiła smutno nie odrywając wzroku od twarzy Kesslera i nie pozwalając mu odwrócić wzroku - mam rację czy się mylę?
    Zapytała po czym zbliżyła się do niego i złożyła na jego ustach bardzo delikatny pocałunek - jesteś wart więcej niż myślisz, inaczej nie wybraliby Cię na przewodniczącego - uśmiechnęła się miło - ja poszłam do tego całego Jamesa tylko dlatego, że sam mnie do siebie zaprosił i uwierz mi, nie jestem dumna z tego co kazał mi zrobić. - westchnęła i zaczęła się przechadzać po pomieszczeniu, kulejąc na jedną łapę - czułam, że nic mi tam nie grozi...ale też wiedziałam, że nie dostanę tego co chcę za darmo - jej ogony zwisały smutno, nie spoglądała na Daniela - a to co widzisz - powiedziała podnosząc łapy po czym złapała się za żebra z głośnym syknięciem i wróciła na krzesło, które wcześniej dał jej Marionetkarz - to pamiątka po spotkaniu z bratem pewnego tygryska, którego poznałam na treningu wczoraj i którego sam dobrze znasz.
    Wiedziała, że nie musi podawać imienia, żeby młody Kessler wiedział o kogo chodzi - proszę Cię nie myśl o sobie źle, jesteś jeszcze młody i już sobie dobrze radzisz, tylko musisz uwierzyć w siebie - posłała mu lekko obolały uśmiech - ja w Twoim wieku, biegałam grzecznie w sukience, przyjmowałam razy za każdą karę i bałam się wyściubić nos z pomieszczenie, które było nazywane moim pokojem, a Ty nie załamałeś się i starałeś pomóc rodzinie mimo wszystkich trudności - zrobiła pauzę na kilka oddechów - myślę, że rodzice są z Ciebie dumni. Ja jestem - powiedziała jeszcze by pocieszyć chłopaka i dodać mu wiary w siebie.
    _________________

     



    Niespełniony Marzyciel

    Stowarzyszenie Czarnej Róży: Członek
    Godność: Daniel Kessler
    Wiek: wizualnie około 30 lat
    Rasa: Marionetkarz
    Lubi: Mleko, Marionetki, Kapeluszników
    Nie lubi: Tych, którzy nie lubią mleka; podejrzliwy wobec Dachowców
    Wzrost / waga: 196
    Aktualny ubiór: Normalnie : Niepozorny płaszcz, którym postać okrywa swój mundur, plus czapka, przypominająca sarmacką. Wojskowe buty. Fabuła (Eden) : dziwaczna mieszanka munduru pruskiego z mundurem admiralskim. Włosy przefarbował... albo oblał się jakimś kwasem który mu zmienił barwę włosów przy malowaniu marionetki. Nieważne!
    Znaki szczególne: Krzaczaste brwi
    Zawód: Astrolog
    Pod ręką: Luneta, amulet przedstawiający czarną kulę, srebrna łyżka
    Broń: Pałasz i sztylecik
    Stan zdrowia: Zdrowy, obecnie nie choruje. Ran również brak
    Dołączył: 29 Lip 2016
    Posty: 171
    Wysłany: 26 Styczeń 2017, 00:43   

    Jest w życiu człowieka taki okres, często obok młodzieńczego, w którym wydaje mu się, że jest zdolny zawojować świat, okłamać największych kłamców, pokonać najwspanialszych wojowników, wytargować lepszą cenę od najlepszego handlarza i jeszcze do tego wiele innych rzeczy. Raczej takie myśli kojarzą się z młodzieńcem-idealistą, chociaż nie tylko. Okres ten charakteryzuje się też tym, że jakoś umykają słabości wynikające z własnej cielesności, tak, jakby odbijała się jeszcze w nich wyraźnie ta smuga, ten błysk świetności, pozostawiony im przez wcześniejszą, Doskonałą Istotę...; Tacy ludzie skłonni są popełniać wiele głupot, bowiem wierzą we własne siły, nie wierząc we własne słabości. I ta niezharmonizowana istota wiary powoduje zwykle przykre wypadki. Szczęśliwymi są ci, którzy mają niedaleko kogoś, kto poskromi ich ambicje, czy też zrobi to za nich.
    Taka ambicja często pozostaje z człowiekiem na zawsze, albo na jakiś czas, jak przekona wszystkich przypadek Kesslera. W tym właśnie stanie, jeszcze w młodzieńczym okresie, znajdował się ów Marionetkarz. Wierzył w swoją nieskończoną siłę, ale przynajmniej miał wrażenie, że wszyscy od niego tego wymagają (mimo że tak naprawdę nikt). Chciał coś zmienić, pomimo tego, że nie mógł. I to drażniło go serdecznie i dotkliwie pustoszyło jego wnętrze, z którym musiał się zamknąć w większym wnętrzu - w swojej pracowni, w miejscu świętym dla niego. Takie to sanktuarium właśnie.
    Dlatego w momencie gdy Mari podeszła do niego, ten stał spokojnie i wpatrywał się w nią swoim przygaszonym wzrokiem. Gdy poczyniła pewne czynności wobec niego, patrzył na nią i próbował uniknąć patrzenia - nie mógł. Wolał pozostawić to wszystko takim, jakim jest. Gdy zaczęła mówić, to według niego mówiła naprawdę sensownie. Zgodził się z jej słowami w pełni, pomimo że nie mógł tego wypowiedzieć. Duma mu nie pozwalała. Musiał jednak przyznać jej rację. Po dłuższym czasie, pomimo wielkiego oporu i uprzedzeń, zmusił się.
    - Masz rację... - powiedział trochę jak gdyby przyznawał się do winy na forum klasowym. Nie dość, że nie mógł nic zrobić, to nawet w tej małej 'konfrontacji' nie wyszło na jego! To frustrowało go podwójnie.
    Co jednak go wzruszyło i zarazem co poczuł, to pocałunek dziewczyny. Taki prawdziwy, w usta. Tego nigdy nie przeżył, co zdwoiło jego moc. Po tym nawet mimowolnie się uśmiechnął, "powrócił" do żywych i realniejszym wzrokiem spojrzał na dziewczynę i wsłuchiwał się w to, co mówiła. Przyznawał jej racje, niczym uważny uczeń, który został przebudzony z marazmu tym jednym... pocałunkiem.
    Gdy zaczęła mówić o historii z Jamesem, wszystko zaczęło do niego docierać. Aż za dobrze. To, co opowiadała, widział jakby oczami duszy. Gdy przeszła do omawiania swoich ran, zaczął ją dokładniej... oglądać, chociaż nie tak, jak chutliwy mężczyzna - bardziej jak ktoś, kto szuka zanieczyszczeń na talerzu, który ma zostać podany na oficjalnym posiłku.
    - A to skurw... - miał zareagować na wiadomość Mari odnośnie Tigro i jego starszym bracie, ale postanowił się wstrzymać, gdyż i tak to nic nie da. Ale kiedyś się zemści. Zobaczył, jak siada i poczuł się spokojniej wiedząc, że zaraz nie będzie musiał podbiec i jej przytrzymać, by się nie przewróciła. Chociaż to nie byłaby taka zła możliwość.
    Potem wysłuchał życzliwie jej pocieszeń, co przyjął już łagodniej i lepiej. Podziękował jej uśmiechem i mrugnięciem oka, że mu pomogła, mimo że w jego sercu pozostał cień smutku i wątpliwości.
    Zdał sobie sprawę, że do końca nie znał przeszłości dziewczyny. Skapnął się, gdy zaczęła po prostu o niej mówić. I to po raz drugi go ożywiło, przywróciło do świata istot. Zdał sobie sprawę, że nie jest najważniejszy, że są rzeczy dużo bardziej ważne, na które trzeba i warto zwracać uwagę. Nie powiedział nic o sobie, nie chciał. Wiedział, jak dużo przeżyła Kotka, aby być w tym miejscu, aby mógł na nią patrzeć. Poczuł się nagle dziwnie troskliwy. Konkludując wszystko to, co przeżył, co mu powiedziano, zdał sobie sprawę, że powinien jednak teraz zaopiekować się dziewczyną tak, jak ona zaopiekowała się nimi.
    - Wiesz... powinnaś leżeć jak najdłużej i jak najczęściej, jeśli nie masz czegoś nagłego do zrobienia. - powiedział do niej czule, niczym opiekun do pacjenta. Podszedł do niej i poprosił, by z nim poszła. Gdyby miała problem - objąłby ją tak, jak obejmuje się rannego. Gdyby nie stawiała oporu, zaprowadził by ją do łóżka, posadził, a następnie podszedł do półki z książkami. Popatrzył w to, a następnie sięgnął po jeden z tytułów; podał książkę dziewczynie, aby nie nudziła się tak zupełnie. Zagwarantował jej, że wszyscy w domu będą się nią dobrze opiekować, że pójdzie zrobić herbaty i że ma jak najdłużej leżeć. Że musi przynajmniej w części spłacić dług, jaki u niej zaciągnęli.
    Gdy Mari została sama w pokoju, poczuła czyjąś obecność. Nie Kesslerów, ani nie istoty żywej, która mogłaby jakoś pachnieć czy wydawać dźwięki. Był to nie kto inny, a Istota. Ta cienista postać, która straszyła Trebora Kesslera, która zaprowadziła Mari do siedziby sir Jamesa. Mari mogła ją ujrzeć, jak siedziała na parapecie, niczym wyluzowany młodzieniec. W miejscu, gdzie powinna mieć nogi, czy palce, widać było jedynie smugi dymu, ciemności, która zdawała się wchłaniać wszystko, co zbliżyło się do tych obszarów. Spojrzała na Mari tak, żeby i ona spojrzała na nią. Jednakże gdyby to zrobiła, zobaczyłaby pustkę. Następnie, gdy już Istota przestała wymuszać na dziewczynie patrzenie w jej kierunku, Potwór wskazał dziewczynie ruchem ręki stół, na którym leżał pierścień. Ten sam, który widziała w pomieszczeniu, w którym zabiła dziewczynę, gdzie zrzuciła winę na jej chłopaka. Postać jakby zdawała sobie sprawę z tego, że Mari nie za długo tu zawita. Czyżby była to jakaś umowa? Pierścień, symbolizujący zarazem poczucie winy, jak i możliwość sprzedania go za pewną sumę pieniędzy, które dałyby dziewczynie prowiant, picie i sposobność przetrwania przez pewien czas, na jakąś podróż? Kto wie. Istota zdawała się tak siedzieć i patrzeć przed siebie, nie mówiła jednak nic.
     



    Nocny Muzykant

    Stowarzyszenie Czarnej Róży: Różana Czarownica
    Godność: Marionette
    Wiek: 22
    Rasa: Kotek z Czarnobyla
    Lubi: Dobrą herbatkę *-*
    Wzrost / waga: 167/45
    Aktualny ubiór: Mundur SCR http://i.imgur.com/J2Yu3Yx.jpg
    Znaki szczególne: dwa lwie ogony
    Pod ręką: Drewniany flet, sztylet
    Broń: Sztylet
    Bestia: Innocenza (Luna)
    Nagrody: fiolka czaru Słoneczny Psikus (jednorazowego użytku), Bolerko Niewidko, Korale Zamiarne, Zegarmistrzowski przysmak (2szt.)
    SPECJALNE: Mistrz Gry, Strażnik spisów
    Dołączyła: 30 Maj 2015
    Posty: 805
    Wysłany: 12 Luty 2017, 16:41   

    Kotka odetchnęła z ulgą, widząc jak Daniel w końcu trochę się uspokaja. Wcześniej wyglądał na naprawdę zmartwionego, wręcz nieobecnego.
    Uśmiechnęła się do niego miło i dała poprowadzić do swojego pokoju. Przyjęła książkę i podziękowała chłopakowi za troskę. Gdy została przeszły ją ciarki, zupełnie jakby ktoś się na nią patrzał i to tak bardzo intensywnie. Skierowała swój wzrok. Jej źrenice zwęziły się przez co jeszcze bardziej przypominała kota niż do tej pory. Na parapecie siedziała...Istota. Jak gdyby nigdy nic. Przełknęła ślinę i spojrzała we wskazanym kierunku. Jej serce stanęło gdy zobaczyła pierścień. Oczywiście, że go rozpoznała. Bo jakby inaczej? To był dokładnie ten sam pierścień, który miała na palcu siostra Pequ. - Czego ode.... - chciała powiedzieć, a raczej wychrypieć, Mari, jednak gdy spojrzała w stronę okna, stwora już tam nie było. Kotka wzięła pierścień do łapy, wydawał się ciężki jak spory kamień. Otworzyła okno i wyrzuciła go. Nie obchodziło ją to, że ktoś może go znaleźć. Zamknęła okno i schowała się pod kołdrą. Kuląc z bólu. Jednak nie tylko tego spowodowanego ranami, ale również tego w sercu. Rozdzieliła dwie kochające się osoby i to na zawsze. Zaczęła cicho płakać, jednak szybko zasnęła. Gdy Daniel wszedł do pokoju mógł spokojnie uznać, że łzy na jej policzkach spowodowane są jej ranami. W końcu nie mógł wiedzieć co tak naprawdę przed chwilą wydarzyło się w tym pokoju.
    Przez następne kilka dni Marionette dochodziła do siebie. Co chwila pozbywała się pierścienia, jednak za każdym razem gdy wracała do pokoju lub budziła się, błyskotka wracała na biurko. W końcu zaprzestała prób pozbycia się go. Przymocowała go do pochwy swojego sztyletu, tak by nie zgubić go (choć pewnie i tak by go odzyskała tak czy siak), ale jednocześnie by nikt go nie widział. Nawet ona.
    Przez cały czas gdy dochodziła do siebie, przestała się tak często uśmiechać. Stała się osowiała i małomówna. Całe dnie spędzała w pokoju, czytając lub rysując. Czasem przesiadywała w ogrodzie lub na dachu domu, by unikać mieszkańców. Pokazywała im się tylko gdy wychodziła do łazienki lub szła z nimi coś zjeść. Oczywiście cały czas była uprzejma i starała się uśmiechnąć przy rozmowach z nimi, jednak przychodziło jej to z wielkim trudem. Gdy pytali co się dzieje wymawiała się na rany i na to co się stało w szkole.
    W gazetach szybko pojawiła się informacja o śmierci Amalii oraz samobójstwie jej narzeczonego, który powiesił się krótko po tym jak odnalazł swoją ukochaną, całą zakrwawioną w łóżku.
    Kotka czekała aż dojdzie do siebie na tyle by móc wrócić na ulicę. Planowała też jak opuścić Kesslerów tak by nie musieć się z nimi żegnać. Widziała bowiem, że przyzwyczaili się do jej obecności i nadal traktowali jak jakąś bohaterkę. Nie chciała odchodzić, jednak widmo minionych wydarzeń, nie dałoby jej spokoju. Miała problemy ze snem oraz miała wrażenie, że każdego wieczora Istota zagląda do jej pokoju, sprawdzając czy jeszcze kręci się po ich terenie czy już nie.
    _________________

     



    Niespełniony Marzyciel

    Stowarzyszenie Czarnej Róży: Członek
    Godność: Daniel Kessler
    Wiek: wizualnie około 30 lat
    Rasa: Marionetkarz
    Lubi: Mleko, Marionetki, Kapeluszników
    Nie lubi: Tych, którzy nie lubią mleka; podejrzliwy wobec Dachowców
    Wzrost / waga: 196
    Aktualny ubiór: Normalnie : Niepozorny płaszcz, którym postać okrywa swój mundur, plus czapka, przypominająca sarmacką. Wojskowe buty. Fabuła (Eden) : dziwaczna mieszanka munduru pruskiego z mundurem admiralskim. Włosy przefarbował... albo oblał się jakimś kwasem który mu zmienił barwę włosów przy malowaniu marionetki. Nieważne!
    Znaki szczególne: Krzaczaste brwi
    Zawód: Astrolog
    Pod ręką: Luneta, amulet przedstawiający czarną kulę, srebrna łyżka
    Broń: Pałasz i sztylecik
    Stan zdrowia: Zdrowy, obecnie nie choruje. Ran również brak
    Dołączył: 29 Lip 2016
    Posty: 171
    Wysłany: 21 Luty 2017, 18:58   

    Zanim przejdzie się do zachowania młodego Kesslera, warto zwrócić uwagę na to, że obecność Istoty była coraz rzadsza, ślad po niej gasł, była coraz rzadziej, a jeśli już, to na krócej, z mniejszym natężeniem. Z każdym kolejnym dniem jej klątwa słabła, tak jakby znudziło się jej nagabywanie dziewczyny i domu Kesslerów. Tak jakby wystarczająco już napełniła się złymi emocjami tych okolic i jej mieszkańców w szczególności, że pełna sił poszła żerować gdzie indziej, albo nadal udawać, że posłusznie wykonuje rozkazy swego pana, sir Jamesa.
    Daniel siedział pewnego dnia na kanapie i spoglądał na obraz, przedstawiający Dzieło Stworzenia. Przypominało to trochę obraz ze świata ludzi, gdzie wierzy się w pewną Nadistotę, która stworzyła cały świat, tylko w wypadku tego obrazu było troszkę inaczej. Ot w miejsce Nadistoty pojawia się ręka marionetkarza, zaś człowieka zastępuje Marionetka, produkt myśli Marionetkarza. Młody Kessler zawsze miał jakąś taką manię spoglądania na ten obraz, odwoływania się do niego, myślenia o nim, przyprowadzania przed niego różnych ludzi i pokazywania go im. Zawsze go wspominał, gdyż był dla niego w pewien sposób magiczny. I tak jak rasy nieobdarzone zdolnością kreowania życia nie zrozumieją tego obrazu, albo przynajmniej pojawi się w nich płomyk zazdrości, że oni nie mogą, tak istoty pokroju Marionetkarzy i innych, dalekich ras, które potrafią tworzyć życie, te dzieło sztuki z pewnością ich zainspiruje, przykuje wzrok, wprawi w zachwyt.
    Ale Kessler nie siedział tam tylko z tego względu, że podziwiał obraz, spokojnie, przecież ile można patrzeć na dzieło sztuki, choćby było najwspanialsze; Daniel miał ten cel, by złapać Mari w korytarzu. Dlaczego by nie wszedł do niej do pokoju, tylko chciał zaczekać, niczym dziki zwierz, w przedpokoju? Ano dlatego, że dziewczyna przez ostatni tydzień była strasznie... zamknięta w sobie, daleka. Nieobecna. Przez pierwsze dni mogło to być jeszcze znośne, taka jej nieobecność. Ale po trzecim, czwartym - jej obecność a zarazem nieobecność bardzo leżała Kesslerowi na sercu. Czy to z powodów emocjonalnych, czy z braku towarzystwa, postanowił po prostu zmienić ten stan rzeczy. I nie atakować jej w pokoju, w którym zwykle leżała, ponieważ obawiał się, że mógł wejść o złej porze; wolał po prostu "uderzyć" na korytarzu.
    I gdy nadszedł jeden z takich dni, gdy słoneczko ładnie świeciło, w mieszkaniu było stosunkowo ciepło jak na tę porę roku, Daniel właśnie siedział i oglądał obraz, a dziewczyna wracała do swojego pokoju z łazienki, młody postanowił działać. Podszedł bez ogłady do otwierającej drzwi dziewczyny, popchnął ją lekko do środka, o ile dała się lekko pchnąć i wszedł za nią do jej pokoju. Zamknął za sobą drzwi i spojrzał na nią, ponieważ wiedział, że coś musiało się stać. Jeżeli miał rozstrzygnąć ten problem i przywrócić sytuację w domu do normalności, o ile o takowej można było w ogóle mówić, to wolał zrobić to teraz. Czuł się na siłach, a brak towarzystwa oddziaływał na niego bardziej niż kiedykolwiek. Brak towarzystwa i nie tylko...
    - Dlaczego się tak od nas izolujesz? Nie musisz udawać radosnej, ale nie zamykaj się tak... smutno mi, kiedy jest tak cicho i pusto w domu, powinniśmy zacząć wychodzić na spacery, czy coś! No wiesz, pozwiedzać okolice. Dobrze ci zrobi, no, no!
    I gdy przeszedł do "no, no!" postanowił leciutko pięścią pukać w bok dziewczyny, aby włączyć do przekonywania jeszcze element kontaktu fizycznego. Przy okazji zrobiło mu się dużo lepiej, gdy w końcu mógł "kontaktować się" bardziej z rówieśnikiem, a szczególnie rówieśnikiem płci przeciwnej.
    Pomimo swojej mowy widział to smutne oblicze, którego zrobiło mu się szczerze szkoda. Myślał w międzyczasie, jakież to mogły być powody tego zamknięcia, tego smutku. Większość myśli zawsze zwracała się ku temu, że coś nie tak musiało pójść z przeniesieniem długu na później. Albo to, co musiała zrobić, bardzo na nią wpłynęło. Starał się zbierać myśli do tego, aby jakoś zacząć mówić o tym, ale nie wiedział w sumie, czy powinien jeszcze to poruszać, czy raczej już zamilczeć. Z pewnością mógłby coś dziewczynie poradzić, coś dopowiedzieć. Mógł też przecież... no, ten, pomóc jej na inne sposoby. Chociażby jej coś kupić, przytulić... Różne rzeczy wpływają dobrze na humor. Zapewne teraz czuje się samotna, więc odrobina drugiej osoby, czy też nawet i jej większa część mogłyby pomóc jej ponownie stanąć na nogi. Dlatego gdy powiedział co swoje, popukał ją, a następnie wpatrywał się, postanowił zrobić coś śmielszego - mianowicie wyciągnął w jej kierunku ręce i chciał się do niej przytulić, aby jego serduszko mogło poczuć, co serduszku Mari tak bardzo leży na duszy.
     



    Nocny Muzykant

    Stowarzyszenie Czarnej Róży: Różana Czarownica
    Godność: Marionette
    Wiek: 22
    Rasa: Kotek z Czarnobyla
    Lubi: Dobrą herbatkę *-*
    Wzrost / waga: 167/45
    Aktualny ubiór: Mundur SCR http://i.imgur.com/J2Yu3Yx.jpg
    Znaki szczególne: dwa lwie ogony
    Pod ręką: Drewniany flet, sztylet
    Broń: Sztylet
    Bestia: Innocenza (Luna)
    Nagrody: fiolka czaru Słoneczny Psikus (jednorazowego użytku), Bolerko Niewidko, Korale Zamiarne, Zegarmistrzowski przysmak (2szt.)
    SPECJALNE: Mistrz Gry, Strażnik spisów
    Dołączyła: 30 Maj 2015
    Posty: 805
    Wysłany: 28 Luty 2017, 20:24   

    Chciała przemknąć do pokoju tak jak zawsze. Bezgłośnie, prawie niezauważona. Jednak tym razem jej się nie udało. Daniel ją zaskoczył wpychając do pokoju i zamykając za nimi drzwi. Spojrzała na niego pytająco, nie wiedząc co też mu strzeliło do głowy, żeby tak ją "napadać".
    Wysłuchała jednak jego słów i spojrzała w podłogę, unikając jego wzroku. Było jej wstyd, że po tym co zrobiła ma czelność, żeby przebywać w tym domu. Nie zasługiwała, ani na ich troskę, ani na to, że mogła mieszkać z nimi. Powinni ją wyrzucić na bruk i to już dawno. Bardziej zasługiwała na spanie w rowie niż w ciepłym łóżku. Nie miała jednak odwagi uciekać. Nie w takim stanie. Bała się śmierci...mimo iż ostatnimi czasy sama ją niosła.
    Uszy miała płasko położone, a ogony wisiały luźno, bez życia. Jej futerko nie było też takie lśniące jak jeszcze kilka dni temu. Nie wynikało to jednak z braku higieny, a z jej samopoczucia. Była załamana. Można powiedzieć, że wydarzenia ostatniego czasu ją wręcz złamały. Jej oczy były bez życia jak cała jej osoba. Nie lśniły, były bez wyrazu.
    Nie odsunęła się gdy ją popukał, ale westchnęła cichutko - przepraszam Cię Danielu - powiedziała cicho - chyba po prostu nie doszłam jeszcze do siebie....nie czuję się najlepiej i dlatego unikam towarzystwa - uśmiechnęła się delikatnie i spojrzała na chłopaka. Jednak uśmiech pojawił się tylko na ustach, jej oczy nadal były puste.
    Widząc wyciągnięte w jej kierunku ręce, zawahała się. Tak bardzo potrzebowała teraz czyjejś bliskości ale jednocześnie to właśnie tego najbardziej unikała. W końcu chciała opuścić to miejsce. A nie chciała dawać im nikłej nadziei albo sprawiać, że będą za nią tęsknić. Odsunęła się lekko od Daniela, z przepraszającą miną - przepraszam, ale chyba się jeszcze położę...może jutro wybierzemy się na jakiś spacer? - zapytała nieśmiało. Nie miała ochoty na spacery, jednak miała nadzieję, że te kilka słów uspokoi Marionetkarza na tyle, że zostawi ją w spokoju.
    _________________

    Wyświetl posty z ostatnich:   
    Po drugiej stronie krzywego zwierciadła... Strona Główna
    Odpowiedz do tematu
    Nie możesz pisać nowych tematów
    Możesz odpowiadać w tematach
    Nie możesz zmieniać swoich postów
    Nie możesz usuwać swoich postów
    Nie możesz głosować w ankietach
    Nie możesz załączać plików na tym forum
    Możesz ściągać załączniki na tym forum
    Dodaj temat do Ulubionych
    Wersja do druku

    Skocz do:  



    Copyrights © by Spectrofobia Team
    Wygląd projektu Oleandra. Bardzo dziękujemy Noritoshiemu za pomoc przy kodowaniu.

    Forum chronione jest prawami autorskimi!
    Zakaz kopiowania i rozpowszechniania całości bądź części forum bez zgody jego twórców. Dotyczy także kodów graficznych!

    Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
    Template AdInfinitum
    Strona wygenerowana w 0,14 sekundy. Zapytań do SQL: 9